
U2 - Days of Ash
2026 Island Records
1. American Obituary 4:23
2. The Tears Of Things 5:25
3. Song Of The Future 3:55
4. Wildpeace (Adeola, Jacknife Lee) 1:18
5. One Life At A Time 4:03
6. Yours Eternally (feat. Ed Sheeran & Taras Topolia) 4:26
Wszystko wskazywało na to, że U2 jest już skończone. Ostatnia aktywność zespołu nawet najbardziej tolerancyjnym sympatykom grupy nie dawała nadziei, że może być inaczej. Przedziwny "auto-cover" album "Songs of Surrender" (2023) był w praktyce niesłuchalny. Wcześniejsze płyty "Songs of Innocence" (2014) [czytaj recenzję >>] , "Songs of Experience" (2017) również nie napawały optymizmem, choć ja aż tak krytyczny wobec grupy nie byłem. W gruncie rzeczy wszystkie wydawnictwa od 2000 roku były mniej lub bardziej krytykowane. A jednak zupełnie niespodziewanie otrzymujemy nowy materiał Irlandczyków w formie cyfrowej epki, który jest zapowiedzią nowego pełnowymiarowego albumu mającego ukazać się pod koniec roku. Zanim jednak o nowej muzyce U2 parę słów na temat samego zespołu i tego jak jest dzisiaj postrzegany przez słuchaczy oraz jaki ja mam do niego stosunek.
Są tacy, którzy uważają, że ostatni dobry album zespołu to "Achtung Baby" (1991). Ja z kolei należę do tej części sympatyków U2, którzy najbardziej cenią początki grupy. Do dzisiaj moimi ulubionymi płytami zespołu są dwie pierwsze: "Boy" (1980) i "October" (1981). Bardzo cenię też "Unforgettable Fire" (1984) [czytaj recenzję >>] a w latach 80. sądziłem, że szczyt ich twórczości to "The Joshua Tree" (1987) [czytaj recenzję >>] . Jest też grupa słuchaczy, która uważa, że U2 to "najbardziej przereklamowany zespół na świecie". Z tą opinią całkowicie się nie zgadzam. Pamiętam, że gdy w połowie lat 80. w swojej szkole deklarowałem się jako zaprzysięgły sympatyk zespołu, to większość kolegów i koleżanek nie wiedziała w ogóle o istnieniu formacji. Wtedy U2 było moim ulubionym rockowym zespołem "zagranicznym" a ich muzykę postrzegałem jako coś nowego i bardziej ambitnego niż większość mainstreamowych wykonawców rockowych starszego pokolenia. Bardzo kibicowałem Irlandczykom i gdy przyszedł wielki sukces międzynarodowy wraz z płytą "The Joshua Tree", czułem się jak kibic drużyny piłkarskiej, która właśnie zdobyła swoje najcenniejsze trofeum, czego nikt się nie spodziewał. Z drugiej strony, gdy po wydaniu "Achtung Baby" i trasie "Zoo TV Tour" zespół został w praktyce największym koncertowym zespołem świata a marka U2 stała się globalna, równa takim gigantom jak The Rolling Stones, byłem trochę zaskoczony. Szczególnie, że płyta "Achtung Baby" nie zawierała muzyki, która mi się podobała. To nie było "moje" U2. Od tego momentu kolejne wydawnictwa grupy śledziłem z mniejszym zaangażowaniem, by nie powiedzieć z dystansem. Mimo wszystko na każdym kolejnym albumie znajdowałem utwory, które były świetne, m.in.: "Staring at the Sun", "Please", "Wake Up Dead Man" ("Pop", 1997); "Beautiful Day" ("All That You Can't Leave Behind", 2000). Całościowo podobała mi się też "No Line on the Horizon" (2009) [czytaj recenzję >>] , ale i "Pop" (1997) wraz z upływem czasu ceniłem coraz bardziej. Podobnie zmieniał się mój stosunek na coraz bardziej pozytywny do "Achtung Baby". Wprawdzie nadal moim ulubionym okresem w działalności U2 są jego początki, to dzisiaj akceptuję "nowe U2", które narodziło się na "Achtung Baby". W międzyczasie to "nowe U2" stało się już "starym U2" a grupa zaczęła się coraz bardziej szamotać wydając kolejne płyty wzbudzające coraz bardziej mieszane uczucia. To właśnie w tym okresie U2 zaczął być przez kolejne pokolenie postrzegany jako zespół, który z niewiadomych (dla nich) powodów uchodzi za światowego giganta muzyki. Trudno nowym pokoleniom wytłumaczyć dlaczego U2 stało się takim zespołem na przełomie lat 80. i 90.
Moim zdaniem U2 stało się w swoim czasie gigantem, bo doskonale wpasowało się w trendy, na które było zapotrzebowanie w latach 80. i początku lat 90. Grupa wywodziła się z kręgu wykonawców nowofalowych i w latach 80. ich muzyka w mainstreamie była czymś nowym. The Police właśnie się rozwiązało i zwolniło miejsce dla swojego następcy. Dire Straits od początku grali bardziej tradycyjnie, jedynie markując nowe podejście do rocka. W dodatku nie rozwijali się a po wydaniu "Brothers in Arms" przeszli w stan letargu. U2 wykorzystali to wszystko, by stać się większym zespołem niż można byłoby kiedykolwiek sądzić, że nim będą. Dzięki "The Joshua Tree" i bardziej "amerykańskiemu" graniu, grupie udało się podbić USA, co nie było przecież takie oczywiste. Wtedy światowy rynek muzyczny stanął przed U2 otworem. W dodatku na początku lat 90. muzycy U2 potrafili odpowiedzieć na nowe trendy (rave, madchaster) nagrywając "Achtung Baby" oraz wyruszając w monstrualną trasę koncertową. Wtedy ich pozycja w roli mainstreamowego giganta stała się niepodważalna. Mogę zgodzić się z tym, że znaczenie U2 było trochę ponad stan. Wystarczy posłuchać surowej, niemal postpunkowej płyty "Boy", by przekonać się, że nic nie wskazywało na to, że grupa może osiągnąć podobny status. A jednak to się stało. Tym bardziej należy docenić ich sukces. A tym, którzy próbują zrzucić formację z piedestału, proponuję wsłuchać się w ich muzykę z lat 80. do "The Joshua Tree" włącznie. Wartość tych płyt jest moim zdaniem niepodważalna. Czy nowa propozycja w postaci epki "Days of Ash" im dorównuje?
Na pewno jest lepiej niż na "Songs of Surrender" (2023). Muzycznie najbardziej przekonuje mnie utwór "Song Of The Future". Ma w sobie wszystkie charakterystyczne motywy najlepszych przebojów U2 - gitara The Edge'a, chwytliwy wokal Bono, synkopowany rytm oraz spinająca całość produkcja z delikatnymi, wręcz niesłyszalnymi smaczkami dźwiękowymi w tle. Rozpoczynający epkę "American Obituary" przypomina mi trochę singiel "Get On Your Boots" (2009), który nigdy mnie nie przekonywał. "The Tears Of Things" to typowa dla U2 hymnowa balladka, ale moim zdaniem nie ma takiej mocy jak choćby "Please". Przyzwoity poziom trzyma też "One Life At A Time". To taki solidny średniak, ale na dłużej w pamięć nie zapada. W "Yours Eternally" Bono śpiewa w towarzystwie Eda Sheerana oraz ukraińskiego muzyka Tarasa Topoli. Jeśli dodamy do tego nieco ponad minutowy "Wildpeace", który stanowi muzyczny podkład do recytacji przez nigeryjską artystkę Adeolę z grupy Les Amazones d'Afrique wiersza izraelskiego pisarza i poety Jehudy Amichaja, to dochodzimy do clou tego czym jest ta epka. A jest w sporej części manifestem politycznym i społecznym zespołu. Każdy z utworów odwołuje się w warstwie lirycznej do aktualnych problemów tego świata. „American Obituary” ma wydźwięk antytrumpowy i odnosi się do wydarzeń w Minneapolis, gdzie 7 stycznia 2026 roku Renée Nicole Macklin Good została podczas protestu postrzelona przez antyimigranckie służby USA. W "Song of the Future" przenosimy się do Iranu, w którym w 2022 roku szesnastoletnia Sarina Esmailzadeh, wraz z tysiącem innych uczennic, wyszła na ulice, by protestować przeciwko reżimowi ajatollahów. "One Life At A Time” powstał z dedykacją dla Palestyńczyka Awdaha Hathaleena, ojca trojga dzieci, pokojowego działacza i nauczyciela angielskiego, który został zabity w swojej wiosce na Zachodnim Brzegu przez izraelskiego osadnika Yinona Leviego 28 lipca 2025 roku. "Yours Eternally" to, jak nietrudno się domyślić, hołd dla walczących z Rosją Ukraińców. Najbardziej uniwersalny charakter ma tekst do "The Tears Of Things". Tytuł utworu został zaczerpnięty z książki franciszkanina Richarda Rohra, który stawia pytanie o to, jak żyć empatycznie w czasach przemocy i rozpaczy. I to właśnie tekst tego utworu jest dla mnie kluczowym przesłaniem, jednocześnie pytaniem a może stać się i odpowiedzią. Przemoc jest wpisana w naturę tego świata i niezależnie od tego, jak bardzo będziemy się jej przeciwstawiać to nigdy jej się nie pozbędziemy. Co nie znaczy, że nie należy próbować. Najlepiej zaczynając od siebie i powstrzymania się od jej stosowania samemu. Ale co, gdy ktoś, niesprowokowany, używa jej przeciwko nam? Przecież bronić się trzeba... A może należy nadstawić zgodnie z nauką Chrystusa drugi policzek? To są dylematy, które co najmniej od dwóch tysięcy lat pozostają aktualne i na które nie ma prostych recept.
"Days of Ash" to powrót U2 do formy, ale daleki jestem od nadmiernego zachwytu. To raczej forma sprzed kilkunastu lat, a nie ta sprzed trzydziestu, czterdziestu, gdy U2 był rzeczywiście wielki. Zobaczymy co przyniesie pełnoprawny album. Na razie, z epki "Days of Ash" na dłużej zapamiętam przede wszystkim utwór "Song Of The Future". [7/10]
Andrzej Korasiewicz
21.02.2026 r.
