Alternativepop.pl - Magazyn Autorów
  • Strona główna
  • Newsy
  • Recenzje
  • Relacje
  • Artykuły
  • Rankingi
  • Podsumowania
  • O stronie
  • Kontakt
  • Lista przebojów Alternativepop.pl

Recenzje

ZAOBSERWUJ NAS
WESPRZYJ NAS
Patronite
|
Buy Coffee
GŁOSUJ NA
Listę przebojów Alternativepop.pl
WYSZUKAJ RECENZJĘ:
A
B
C
Ć
D
E
F
G
H
I
J
K
L
Ł
M
N
O
P
Q
R
S
Ś
T
U
V
W
X
Y
Z
Ź
Ż
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
50
51
52
53
54
55
56
57
58

Yes - Aurora

13 czerwca 2026
77 odsłon
Tagi:
  • rock
  • art rock

Yes - Aurora2026 Inside Out Music 1. Aurora    7:262. Turnaround Situation    5:483. Love Lies Dreaming    6:264. Countermovement    13:135. Ariadne    6:166. All Hands On Deck    3:047. Outside The Box    3:588. Emotional Intelligence    3:319. Jambustin' (bonus track)    4:2210. Watching The River Roll (bonus track)    4:38 Będąc słuchaczem wychowanym muzycznie w latach 80. na audycjach drugiego i trzeciego programu Polskiego Radia nie mogłem uniknąć inicjacji w tzw. "rock progresywny". Z początku traktowałem go jako jedną ze ścieżek rozwoju muzycznego i słuchałem obok mojego ulubionego synth popu. Gdy z czasem dotarłem do bardziej "alternatywnych" źródeł muzyki niż prezenterzy Polskiego Radia, dla których prog rock był szczytowym osiągnięciem szeroko rozumianej muzyki rozrywkowej (wyżej był tylko jazz), zrozumiałem, że z tą "progresywnością" prog rocka jest coś nie tak. Wtedy przyjąłem dosyć powszechną narrację w środowiskach "alternatywnych", że rock progresywny to w istocie rock regresywny, bo z progresywnością niewiele ma wspólnego. Porzuciłem wówczas słuchanie prog rocka na rzeczy "progresywnej" muzyki alternatywnej. Wraz z upływem lat obraz rocka progresywnego jednak ewoluował u mnie a ziarno zasiane u zarania mojego zainteresowania muzyką spowodowało, że coraz częściej wracałem do tradycyjnych dźwięków "prog rocka". Zacząłem jednak używać na określnie takiej muzyki pojęcia "art rock". Oczywiście pod określeniem art rock może kryć się bardzo różnorodna muzyka, np. ta zahaczająca o awangardę rocka lub swego czasu rzeczywiście progresywny rock psychodeliczny. Ten rodzaj twórczości bywał przecież inspiracją dla muzyków punkowych, którzy pod koniec lat 70. porzucali punk na rzecz nowej fali - patrz inspiracje Johna Lydona. Ale może to być też ukochany np. przez Tomasza Beksińskiego tradycyjny prog rock (np. Procol Harum, Barckley James Harvest, ELP) i neoprog w rodzaju Marillion czy Pendragon. Ten rodzaj twórczości do dzisiaj nie jest poważany przez środowiska "alternatywne". Ale kto by się tym przejmował skoro to muzyka, która zachwyca swoim kunsztem wykonawczym? Dlatego lubię czasami zrobić sobie odskocznię od brzmień elektronicznych i synth popu włączając płytę "prog rockową". Najnowszą okazją do tego jest tegoroczny album brytyjskiej formacji Yes. Już samo to, że Yes działa z przerwami od niemal sześćdziesięciu lat robi niesamowite wrażenie. Wielu muzyków punkowych, którzy w latach 70. kontestowali rock progresywny od dawna wącha kwiatki od spodu a Yes trwa nadal. Wprawdzie z klasycznego składu pozostał jeden muzyk: Steve Howe, ale muzycznie nowa płyta brzmi jak najbardziej klasyczna wersja Yes z możliwych. Część muzyków klasycznego Yes - Chris Squire, Alan White - niestety również odeszła z tego świata. Jon Anderson, wieloletni wokalista grupy i jego wizytówka działa od kilkunastu lat solo poza formacją. A mimo wszystko "Aurora" brzmi jak stuprocentowy Yes. Obok Steve'a Howe'a w aktualnym składzie grupy jest Geoff Downes, który zaczynał jako klawiszowiec synthpopowego the Buggles a na początku lat 80. zaliczył epizod jako członek Yes. W obecnym wcieleniu grupy gra nieprzerwanie od 2011 roku. Na basie gra Billy Sherwood, który współpracował z Yes w drugiej połowie lata 90. a obecnie występuje z grupą od 2015 roku. Od 2012 roku wokalistą zespołu jest Jon Davison, którego największą zaletą jest to, że jego barwa głosu bardzo przypomina Jona Andersona. Najkrótszy stażem w formacji jest perkusista Jay Schellen, który oficjalnie dołączył do składu w 2023 roku po śmierci rok wcześniej Alana White'a. Schellen grywał już z Yes jako muzyk sesyjny i koncertowy od 2018 roku. Patrząc na obecny skład Yes mogłoby się wydawać, że grupa ma niewiele wspólnego z klasycznym Yes. A jednak powtórzę po raz kolejny, że moim zdaniem płyta "Aurora" to stuprocentowy Yes. Poza Stevem Howem łącznikiem z klasycznym Yes jest również szata graficzna albumu "Aurora", której współautorem jest Roger Dean, wieloletni autor okładek zespołu. Baśniowy obraz z charakterystycznym logo już na wstępie daje nadzieję, że usłyszymy dobrze znaną muzykę. Tak właśnie dzieje się już od utworu tytułowego otwierającego album. Najpierw słyszymy partie fortepianowe wzmocnione przestrzennymi orkiestracjami a następnie wchodzą charakterystyczne partie gitarowe Howe'a. W tle pobrzmiewają też motywy syntezatorowe grane przez Downesa. Gitara Howe'a maluje dźwięki od delikatnych poprzez mocniejsze rockowe riffy a kolejne nagrania zbudowane są wokół podobnego schematu. Barwa głosu Jona Davisona jest zbliżona do wokalu Andersona. To może być dla wielu najbardziej kontrowersyjne. Zatrudnianie muzyków, którzy brzmią jak byli członkowie formacji a nie jak oni sami to zabiegi  charakterystyczne dla cover bandów. W przypadku Yes, jeśli dalej ma istnieć bez Andersona, nie widzę jednak innego rozwiązania. Przypadek Marillion pokazał, że zastąpienie charakterystycznego wokalisty innym o zupełnie innej barwie głosu, powoduje, że mamy w praktyce do czynienia z nowym zespołem. W przypadku Marillion nawet ci, którzy polubili nowe oblicze zespołu, przyznają, że Marillion z Fishem i Marillion z Hogarthem to dwie różne formacje. W sytuacji Yes nie ma już czasu na budowanie nowej marki a przyjęcie wokalisty śpiewającego podobnie do Andersona jest moim zdaniem optymalnym rozwiązanie. Benoît David, który był przez chwilę wokalista Yes po odejściu Andersona i przed Davisonem również brzmiał podobnie do Andersona.  Kompozycje na płycie "Aurora" są średnio długie. Najobszerniejszym jest prawie czternastominutowy "Countermovement". Pozostałe trwają od czterech do maksymalnie siedmiu minut. Choć żaden z utworów nie wyróżnia się szczególnie, to nie ma też tutaj nagrań, które odstają in minus. Płyta nie nuży, jeśli tylko masz nastrój na taki klasyczny prog rock. Yes gra według sprawdzonych wzorców i nawiązuje do swoich tradycyjnych środków wyrazu stworzonych w latach 70. Album wyprodukował lider Yes Steve Howe. Muzyka nie wytycza nowych ścieżek, ale jest spotkaniem z dobrze znanymi dźwiękami ułożonymi w nowych kompozycjach, które przynajmniej na chwilę przykuwają uwagę i wzbudzają zachwyt swoim pięknem. Warto posłuchać. [7.5/10] Andrzej Korasiewicz13.06.2026 r.

Więcej… Yes - Aurora...

Görl - Dark Silver Moon Light

11 czerwca 2026
77 odsłon
Tagi:
  • minimal
  • electro pop

Görl - Dark Silver Moon Light2026 Grönland Records 1. Irgendwann ist jetzt 3:082. So wie Du bist 3:573. Der Falscher Ton 3:544. Don´t stay at home 3:105. Dark Silver MoonLight 3:586. Der Fluss 3:27. Wir brechen aus 1:448. Bänder im Haar 3:209. Spiel mit mir 3:0310. Es ist nie zu spät 2:58 Pisałem niedawno na stronie Alternativepop.pl o płycie Roberta Görla "Night Full Of Tension" z 1984 roku [czytaj recenzję >>] . Tymczasem muzyk wydał pod koniec maja całkiem nowy materiał nagrany w duecie z Sylvie Marks, wywodzącą się ze sceny klubowej. Współpraca Görla z Sylvie Marks rozpoczęła się, gdy Görl postanowił po śmierci Delgado-Lópeza w 2020 roku dokończyć prace nad kolejnym albumem D.A.F. Właśnie przy pomocy Marks Görl skończył płytę "Nur Noch Einer", która ukazała  się w roku następnym jeszcze pod szyldem D.A.F. Współpraca z Sylvie Marks była na tyle udana, że trwała dalej i w jej wyniku powstał wspólny projekt pod szyldem Görl. W efekcie otrzymujemy debiutancki album duetu pt. "Dark Silver Moon Light". Muzyka, którą znajdziemy na "Dark Silver Moon Light" z pewnością zainteresuje sympatyków minimalistycznego electro i D.A.F. Na płycie słychać podobne patenty motoryczne oraz pulsujące i urywane linie basowe. Już otwierający album "Irgendwann ist jetzt" wprowadza w odpowiedni klimat, choć na początku jest delikatniej i spokojniej. Słyszymy mechaniczny beat automatu perkusyjnego i syntezatorowe linie basowe, ale nie ma w tym jeszcze takiej dosadności i agresji. W "So wie Du bist" syntezatorowa linia basowa staje się bardziej tłusta a melodeklamowany wokal Görla, choć dobiegający jakby z oddali,  jest mroczny i duszny, chwilami prawie charczący. Po jednoznacznie "D.A.F.-owskim" "Der Falscher Ton" następuje spokojniejszy, bardziej przestrzenny, "kosmiczny" a jednocześnie piosenkowy "Don´t stay at home". Görl stara się tutaj nawet śpiewać a nie tylko melodeklamować, ale efekt jest trochę operetkowy. "Dark Silver MoonLight" to znowu zapętlona, basowa linia syntezatorowa, która dominuje w utworze. "Der Fluss" jest połączeniem wirujących, kosmicznych partii syntezatorowych oraz technoidalnego, dubowego rytmu utrzymanego w wolnym tempie. "Wir brechen aus" to dynamiczny, szarpany, zapętlony puls syntezatora basowego w nieco wyższej tonacji i duszne, mroczne melodeklamacje Görla w tle. Utwór jest krótki, ledwie ponad minutowy, ale dosadny i daje prosto między oczy. W "Bänder im Haar" znowu słyszymy pewnego rodzaju technoidalny, dubowy, niski i głęboki rytm, który pulsuje dominując kompozycję. "Spiel mit mir" rozpoczynają schizofreniczne, podobne do niezbyt głośnej syreny alarmowej, syntezatory i utrzymują swoją linię przez całe nagranie. W tym miejscu czuję już pewne zmęczenie słuchanym materiałem. Finał też nie jest porywający. "Es ist nie zu spät" jest utrzymany w wolnym tempie. Słychać dudniący, zapętlony syntezatorowy bas zdublowany dodatkową linią basu oraz uzupełniony innymi dźwiękami, które tworzą atmosferę niepokojącą, duszną i mało optymistyczną.  Jedno jest pewne, "Dark Silver Moon Light" nie został nagrany ku pokrzepieniu serc. To muzyka, która jest kontynuacją tradycji nowofalowo-industrialnej, w której nie ma miejsca na przeboje. Mimo to, czasami, jakby przypadkowo, wyjdzie coś chwytliwego. W przypadku tej płyty za taki moment można uznać piosenkowy "Don´t stay at home". Wrażenie robi też natarczywość i dynamika "Der Falscher Ton". Na płycie nie ma niczego odkrywczego, ale zwrócić na nią uwagę powinni sympatycy muzyki D.A.F. oraz lubiący minimal electro. Album poprawny, ale nie wnoszący niczego nowego, ani wyrafinowanego. [7/10] Andrzej Korasiewicz11.06.2026 r. 

Więcej… Görl - Dark Silver Moon Light...

White Door - The Great Awakening

11 czerwca 2026
143 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • new romantic
  • electro pop

White Door - The Great Awakening2020 Progress Productions 1. Among The Mountains    4:562. Resurrection    4:223. Soundtrack Of Our Lives    4:294. Lullaby    5:465. Angel Of Tomorrow    5:206. The Great Awakening    4:337. Simply Magnificent    2:548. Beautiful Girl    6:24 To była spora niespodzianka. Formacja znana z jednej płyty "Windows" [czytaj recenzję >>]  wydanej w latach 80. zaskoczyła powrotem po trzydziestu siedmiu latach z drugim wydawnictwem pt. "The Great Awakening". Nie dość, że do tej pory "Windows" był jedynym albumem formacji, to wydawało się, że to kolejny polski "wynalazek" Tomasza Beksińskiego. Beksiński wylansował Brytyjczyków w audycji Romantycy Muzyki Rockowej i wielu sądziło, że poza Polską grupa nie jest znana. Nie odniosła przecież żadnego sukcesu komercyjnego w swojej ojczyźnie ani nie było słychać, żeby gdziekolwiek ją zauważono. Na tle tego, że "Windows" był przedstawiany przez Beksińskiego nie jako zwykła płyta, ale jedna z wzorcowych i najlepszych z kręgu new romantic, to wydawało się, że White Door to "nasz zespół", nieznany nigdzie indziej. Wśród słuchaczy RMR formacja cieszyła się kultową pozycją a winyl osiągał sporą wartość na aukcjach internetowych. Wydawano też samoróbki na CD, bo aż do 2009 roku "Windows" nie ukazał się oficjalnie w formie płyty kompaktowej. A jednak okazało się, że White Door dostrzeżono nie tylko w Polsce. Jako fan formacji "objawił się" szwedzki muzyk synthpopowy Johan Baeckström z duetu Daily Planet. Najpierw zaprosił w 2017 roku wokalistę White Door Austina do śpiewania głównego wokalu w utworze „Heaven Opened” na albumie Daily Planet „Play Rewind Repeat”. A następnie namówił go do reaktywowania White Door i wspólnego wydania płyty. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że White Door nie był jedynie polskim ewenementem. Panowie: Mac Austin, Harry Davies, John Davies powrócili jako White Door. Baeckström nie tylko był inicjatorem tego przedsięwzięcia, ale pomógł również w nagrywaniu i produkcji płyty a także został współautorem kilku nowych komopzycji. W istocie stał się nowym członkiem White Door a dzięki jego staraniom nowy album pt. "The Great Awakening" ukazał się w kwietniu 2020 roku. W rezultacie otrzymaliśmy słodki, sympatyczny i sentymentalny synth pop, który tworzy osiem nagrań trwających niemal czterdzieści minut. Słychać, że panowie dbali o uchwycenie oryginalnego stylu White Door, ale płyta brzmi nowocześniej niż "Windows". Choć rozpoczynający album utwór "Among The Mountains" można byłoby spokojnie umieścić na "Windows" i nikt nie odczułby różnicy, to już następny numer "Resurrection" jest bardziej dynamiczny, z wyraźnie pulsującym basem syntetycznym na pierwszym planie. Przestrzenne i gęste partie syntezatorów przyjemnie zalewają puls wyznaczony przez perkusyjny beat i wspomniany bas syntetyczny. "Soundtrack Of Our Lives" to powrót do bardziej rozmarzonego, romantycznego brzmienia. "Lullaby" to wzniosła, nieco patetyczna ballada syntezatorowa. "Angel Of Tomorrow" jest rzewny i tęskny. Tytułowy "The Great Awakening" ma skoczne akordy syntezatorowe i jest utrzymany trochę w szybszym tempie, ale nadal mamy do czynienia z kompozycją, która stawia przede wszystkim na romantyczny nastrój. W "Simply Magnificent" mamy do czynienia z utworem skocznym, szybszym, zawierającym wyrazisty, mechaniczny beat perkusyjny i chwytliwy refren. Przy tym słychać w nim motywy syntezatorowe podobne do tych znanych z twórczości Vince'a Clarke'a i jego Erasure. Kończący album "Beautiful Girl" rozpoczyna się od soczystych partii syntezatorowych, które tworzą główny motyw instrumentalny kompozycji. Wyrazisty beat perkusyjny wchodzi dopiero w trzeciej minucie nagrania. Dzęki niemu utwór nabiera tempa, ale w końcówce beat cichnie i kompozycja kończy się syntezatorową kodą.  "The Great Awakening" to bardzo udany powrót, choć nie poszedł za nim ciąg dalszy w postaci kontynuacji działalności White Door. Warto jednak zapoznać się z płytą jeśli ktoś jeszcze tego nie zrobił. Duch "Windows" jest utrzymany, a dzięki udziałowi w projekcie przedstawiciela szwedzkiej sceny synthpopowej, White Door ma więcej energii niż w latach 80. Płyta brzmi świeżo a jednocześnie zachowuje cechy, dzięki którym White Door zyskał grono sympatyków w latach 80. [8/10] Andrzej Korasiewicz11.06.2026 r.

Więcej… White Door - The Great Awakening...

Doublespeak - Doublespeak

29 maja 2026
231 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • electronic
  • electro pop

Doublespeak - Doublespeak2026 Blanc Check Records 1. Back to Nature (Fad Gadget cover) 4:332. Brand New Life (Young Marble Giants cover) 2:583. The Visitors (Abba cover) 4:434. I Can’t Escape Myself (The Sound cover) 3:195. Goodbye to Love (Carpenters cover) 4:296. Rock On (David Essex cover) 3:087. Smoke and Mirrors (The Magnetic Fields cover) 3:008. Day Breaks, Night Heals (Thomas Leer, Robert Rental cover) 3:489. Gentle on My Mind (John Hartford cover) 3:2410. Richard! (Ed Dowie cover) 4:5611. End Credits (Laptop cover) 3:33 Nie lubię płyt, które są zbiorem coverów. Wolę autorskie propozycje niż przerabianie czyjegoś dorobku. Mogę posłuchać takiej płyty, nawet może mi się spodobać, ale nie traktuję jej jak pełnoprawnej pozycji muzycznej, którą należy rozpatrywać krytycznie. A jednak są wyjątki od tej reguły. Takim wyjątkiem na pewno jest wydawnictwo Martina L. Gore'a "Counterfeit" [czytaj recenzję >>] , w dodatku będące jedynie epką. Mimo tego, że to tylko epka, a do tego wyłącznie z coverami, trakuję ją jak pozycję, która może podlegać ocenie i to w moim przypadku pozytywnej. Takim albumem jest też propozycja supergrupy electro-nowofalowej Doublespeak. Tworzą ją trzy osobowości świata syntezatorów i nowej fali: Vince Clarke (Depeche Mode, Yazoo, Erasure), Neil Arthur (Blancmange) oraz Benge, producent współpracujący z wieloma wykonawcami, m.in. Johnem Foxxem (John Foxx and The Maths!) a w ostatnich latach również z Neilem Arthurem w ramach Blancmange.  W muzyce Doublespeak dominujący jest sposób tworzenia dźwięków charakterystyczny dla Benge. Brzmienie uzyskane na płycie Doublespeak można pomylić z tym, co słyszeliśmy np. na płytach John Foxx and the Maths, ale przede wszystkim bliskie jest zawartości ostatnich wydawnictw Blancmagne. W Doublespeak partie wokalne wykonuje właśnie wokalista tej formacji Neil Arthur i to też wiele wyjaśnia. Nie wiem jaki realny wkład w nagranie płyty miał Vince Clarke, ale charakterystyczne dla niego patenty brzmieniowe słychać na albumie najmniej. Najbliżej jest przy okazji coveru Abby "The Visitors". Wyczuwalna w intepretacji tego utworu lekkość móże być zasługą właśnie Clarke'a. Ale na płycie dominują tłuste, basowe i znacznie cięższe oraz mroczniejsze bity i tła elektroniczne, które zwracają uwagę raczej na wkład Benge. Od początku wskazuje na to otwierający album "Back to Nature", który już w oryginale Fada Gadgeta jest ciężki, mroczny i dosadny. Po tym wstępie wiadomo, że miłośnicy pierwotnego electro znajdą tutaj wiele dobra. I tak rzeczywiście jest. Panowie z Doublespeak wzięli na warsztat twóczość z różnych epok i stylistyk. Oprócz coverów wykonawców bliskich muzycznie Doublespeak (Fad Gadget, The Sound, Thomas Leer i Robert Rental, Young Marble Giants), znajdziemy  klasykę muzyki pop - wspomniana Abba, ale także David Essex, The Carpenters. Mamy też wykonawców bardziej współczesnych, tworzących w nurcie szeroko rozumianej muzyki niezależnej i indie popowej (The Magnetic Fields, Ed Dowie i Laptop). Nie są to wykonawcy z czołówki a dla mnie niemal anonimowi. Na płycie mamy też cover twórcy folkowego: Johna Hartforda. Interpretowane przez Doublespeak kompozycje pochodzą więc z bardzo różnych muzycznie światów. Mimo tego, że wersje Doublespeak zachowują w dużym stopniu szkielet konstrukcyjny oryginałów, to jednak tworzą stylistycznie zwartą całość. Tak samo było w przypadku "Counterfeit" Gore'a. "Doublespeak" jest płytą, na której często słyszymy analogowe, ciężkie, walcowate brzmienie syntezatorów basowych, tłuste, niemal technoidalne bity, ale utrzymane w tempie charakterystycznym dla synth popu oraz syntezatorowo-industrialne ozdobniki, którymi okraszone są kolejne nagrania. W utworach opartych o te motywy nie ma przestrzeni i oddechu. Ale cała płyta nie jest tak jednoznaczna w tym zakresie. Lekkość a nawet łagodność słychać w przypadku ballady "Goodbye to Love" (Carpenters). Czyżby wpływ Vince'a Clarke'a? Ale już w coverze innego klasyka brytyjskiego popu "Rock On" (David Essex), brzmienie jest przybrudzone i chwilami wręcz hałaśliwe. "Smoke and Mirrors" brzmi ponownie lżej, przyjemniej i przebojowo. Lekkość słychać też w coverze folkowego nagrania "Gentle on My Mind". O delikatnie pulsującą, ale wyrazistą elektronikę oparty jest utwór "Richard!" (Ed Dowie) a album zamyka utrzymana w wolniejszym tempie, wręcz refleksyjna kompozycja "End Credits" (Laptop). Oprócz technoidalnych bitów, tłustych syntezatorów basowych a także przesterów słychać na płycie też czasami przestrzenne partie klawiszowe, jak np. we wspomnianym "End Credits". Gdy usłyszałem o powstaniu projektu Doublespeak mocno się rozentuzjazmowałem. Kiedy po chwili okazało się, że materiał przygotowywany przez formację, to jedynie covery, wzmógł się mój sceptycyzm. Gdy usłyszałem zapowiadający płytę cover Fada Gadgeta "Back to Nature" mój sceptycyzm jedynie się umocnił. Nagranie w gruncie rzeczy niewiele odbiega od oryginału. Po co nagrywać covery, gdy niewiele różnią się od oryginału? Dopiero, gdy usłyszałem całą płytę, pomysł Doublespeak, w moim przekonaniu, obronił się. "Back to Nature" dobrze wkomponował się w kompozycję albumu a poszczególne utwory jednocześnie są w kontraście do siebie i tworzą zwartą całość. Nagrania interpretowane przez Doublespeak to w większości utwory mało znane, a jeśli są to takie hity popowe jak "The Visitors", to ich aranżacja sprawia, że brzmią jak oryginalne nagrania Doublespeak. Mimo że ich trzon w zakresie konstrukcji pozostaje zbliżony do pierwowzoru, to radykalnie inna jest aranżacja. I właśnie za  aranżację i złożenie odmiennych stylistycznie nagrań w ciekawą całość, której słucha się bez znużenia wielkie brawo. [8/10] Andrzej Korasiewicz29.05.2026 r.

Więcej… Doublespeak - Doublespeak...

Puhdys - Puhdys 11 (Computer-Karriere)

21 maja 2026
233 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • rock
  • pop
  • 80s

Puhdys - Puhdys 11 (Computer-Karriere)1983 Amiga 1. Computer-Karriere    2:292. Flieg Mit Mir    3:503. Jahreszeiten    2:294. Stop, Baby, Stop    3:305. Karriere    5:186. Sehnsucht    3:357. TV-Show    3:118. Computerträume    3:489. Computerman    4:2210. Hiroshima    4:1411. Schöpfung    4:49 Pod względem wieku niemiecka grupa Puhdys to mniej więcej rówieśnicy naszej Budki Suflera, bardziej chyba więcej niż mniej. Puhdys zakończył definitywnie działalność w 2016 roku. Przez większą część swojej działalności był czołową rockową grupą w NRD. Grał rocka z reguły melodyjnego, często z elementami hymnicznymi, zahaczając czasem o rock progresywny. Główną siłą twórczą zespołu byli Dieter Birr i Peter Meyer. Nigdy nie słyszałem Puhdys w polskiej rozgłośni radiowej, ale jak podają źródła internetowe w PRL byli znani i wielokrotnie występowali na żywo. Poznałem ich tylko dzięki koledze ze szkoły średniej, który pożyczył mi kiedyś płytę „Computer Karriere”, nagraną w 1982 roku i wydaną w roku następnym. Posłuchałem i od tamtego czasu jest ona dla mnie miłą pamiątką muzyki tamtych czasów i to z kierunku, z którego wtedy niczego ciekawego się nie spodziewałem.  Pierwsza połowa lat 80. to czas, kiedy instrumenty elektroniczne wprowadzały do swojej twórczości zespoły do tej pory z nich nie korzystające. Jedne czyniły to, aby dostosować się do nowych realiów muzycznych ery MTV jak np. ZZ Top. Innym chodziło o odejście od dotychczasowego stylu jak np. Genesis. Puhdys miał w swoim składzie od początku muzyka grającego na elektronicznych instrumentach klawiszowych, które wzbogacały brzmienie, pozostając jednak na drugim planie. W przypadku Puhdys w wysunięciu na pierwszy plan elektronicznej warstwy brzmieniowej na tej jednej płycie chodziło raczej o odpowiedź na to co działo się w drugim niemieckim państwie na scenie muzyki popularnej. A działo się tam wiele. Pod koniec lat 70. w RFN pojawiła się grupa wykonawców określona mianem Neue Deutsche Welle, którzy grali mieszankę post‑punku i minimalistycznej elektroniki. Ważnym elementem NDW były ironiczno-absurdalne niemieckie teksty piosenek. Było to zjawisko występujące równocześnie z nową falą w Wielkiej Brytanii czy zimną falą we Francji i Belgii. Część wykonawców z kręgu NDW  od początku znajdowała się w głównym nurcie muzyki popularnej. Najbardziej rozpoznawalne  nagrania twórców wywodzących się z tego nurtu to: "Da Da Da" zespołu Trio i "99 Luftballons" formacji Nena. NDW w pewnym stopniu oddziaływało także na zespoły wschodnioniemieckie. Najmocniej na zespół Pankow, ale była to nowo założona grupa, która od początku utożsamiała się z tym nurtem. Stary rockowy i bardziej oficjalny Puhdys zaskoczył publiczność wydając w 1982 roku singiel z piosenkami „TV-Show” i „Jahreszeiten” zagranymi w stylistyce podobnej do bardziej popowych przedstawicieli NDW. Nagrania zaśpiewane  były nie przez wokalistę i lidera zespołu Dietera Birra, ale przez perkusistę Klausa Scharfschwerdta, który dołączył do formacji trzy lata wcześniej. Nie był tym jednak zachwycony. Jak sam wspominał: „Okropne, że musiałem śpiewać te rzeczy. Ja, perkusista. Jeśli wcześniej była jakaś kompromitująca sytuacja, zawsze mogłem schować się za bębnami. A teraz musiałem iść na przód sceny” i - dodam - trochę na niej pajacować.  Jedenasta płyta w dorobku Puhdys ukazała się w 1983 roku. Rozpoczyna ją „Computer-Karriere”, tytułowa piosenka w stylistyce poprockowej stanowiąca ostrzeżenie przed niekontrolowanym rozwojem technologii komputerowej i jej możliwymi skutkami — zwłaszcza w kontekście broni nuklearnej. W następnej „Flieg mit mir” dominują już syntezatory i chociaż sekcja rytmiczna wciąż jest „żywa”, a gitarowe ozdobniki obecne to tę melodyjną piosenkę o kryzysie, samotności i pragnieniu wspólnego wzniesienia się ponad codzienność można określić jako właściwie synthpopową. Na pozycji trzeciej wspomniane już „Jahreszeiten”. Piosenka skomponowana w popowej stylistyce NDW z dominującą programowaną perkusją i z perkusistą Scharfschwerdtem na wokalu, ponieważ Birr ze swoim rockowym głosem kompletnie tutaj nie pasowałby. „Stop, Baby, Stop” to druga poprockowa piosenka na płycie, zagrana w średnim tempie z wpadającą w ucho melodią. Wyróżnia ją partia harmonijki ustnej nadająca piosence lekko bluesowy akcent. Szósta „Karriere” to kolejna poprockowa piosenka z wyraźnie marszowym rytmem w refrenie. W ostrym publicystycznym tonie przedstawiono w niej portret człowieka, który dla awansu jest gotów poświęcić absolutnie wszystko. O ile w „Computer-Karriere” zagrożenie pochodzi od technologii, która może wymknąć się spod kontroli. To w „Karriere” bierze się ono od jednostki, która niszczy wszystkich dla swojego awansu. Szósta „Sehnsucht” to pewnego rodzaju ballada o wewnętrznym pragnieniu, które nie daje się zaspokoić. Słychać w niej wpływy soft rocka i synth‑popu a melodia łatwo zapada w pamięć. „TV Show” to druga piosenka zaśpiewana przez Scharfschwerdta i zagrana w stylistyce NDW z maksymalnym ładunkiem ironii. Stanowi ona wyznanie miłości do anonimowej gwiazdy telewizji NRD, którą niestety można oglądać tylko w serialu na wideo i programie telewizyjnym stereo. „Computerträume”, czyli komputerowe marzenia to jedyny instrumentalny utwór na płycie, mocno elektroniczny, rytmiczny ze skoczną, radosną melodią. Zaraz po nim „Computerman”, najbardziej rockowy i dynamiczny utwór na płycie z tekstem mówiącym o człowieku pedantycznym i zimnym jak komputer. Dziesiąty utwór „Hiroshima” to cover piosenki zespołu Wishful Thinking z 1971 roku z niemieckim tekstem. Także w wykonaniu Puhdys pozostaje antywojenną elegią odnoszącą się do tragedii japońskiego miasta. W 1990 roku „Hiroshima” została jeszcze bardziej spopularyzowana w wykonaniu Sandry. Ostatni  „Schöpfung”, czyli stworzenie, łączy w sobie rockową patetyczność, biblijny symbolizm i filozoficzną refleksję o odpowiedzialności za stworzenie. Wschodnioniemieccy krytycy nie oszczędzali rockowych moralistów z Puhdys po wydaniu „Computer-Karriere” zarzucając im pójście w stronę komercji. Mieli o tyle rację, że płyta stała się najlepiej sprzedającym się wydawnictwem w dziejach zespołu i niewątpliwie poszerzyła krąg jego odbiorców. Na recenzowanej płycie mamy pięć utworów poprockowych, trzy bliższe synthpopowi, dwa w stylistyce mocno ironicznego NDW i jeden cover, który notabene stał się jednym z bardziej popularnych utworów zespołu. Mimo tej różnorodności to wszystko składa się w dobrze ułożoną całość. Słychać profesjonalizm i doświadczenie muzyków, którzy pod względem tekstów i przesłania muzyki potrafili też poruszać się w warunkach państwowej cenzury. Moja ocena [8/10]. Krzysztof Moskal20.05.2026 r.

Więcej… Puhdys - Puhdys 11 (Computer-Karriere)...

Pet Shop Boys - Disco

16 maja 2026
281 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • electro pop
  • disco
  • 80s

Pet Shop Boys - Disco1986 Parlophone 1. In The Night (Extended Mix)    6:262. Suburbia (The Full Horror) 8:573. Opportunities (Version Latina) 5:294. Paninaro (Italian Remix) 8:405. Love Comes Quickly (Shep Pettibone Mastermix) 6:526. West End Girls (Disco mix) 9:04 "Disco" to pierwsze wydawnictwo Pet Shop Boys z kontynuowanej w następnych latach serii płyt z tanecznymi remiksami. Jednocześnie jest to jedyna pozycja z tego cyklu, której jestem w stanie słuchać w całości i z przyjemnością. Kolejne, które ukazały się pod tym szyldem, od "Disco 2" (1994) do "Disco 5" (2025), zawierają pojedyncze ciekawe remiksy, które mnie przekonują, ale w całości są dla mnie niesłuchalne. W tym miejscu warto zaznaczyć, że należę do tej grupy sympatyków Pet Shop Boys, która najbardziej ceni pierwszy okres działalności duetu, kiedy był najbliższy synth popowemu duchowi lat 80. Stylistyka typowo dyskotekowa, którą Pet Shop Boys przyjął w latach 90. i którą symbolizuje hit "Go West" jest dla mnie niestrawna i denerwująca. Dlatego twórczość Pet Shop Boys biorę z dobrodziejstwem inwentarza przede wszystkim z okresu dwóch pierwszych płyt: "Please" (1986) i "Actually" (1987). Doceniam też "Behaviour" (1990), na której formacja prezentuje, inne, bardziej inteligentne oblicze. Słuchalna jest jeszcze płyta "Introspective" (1988), choć zgromadzony na niej repertuar już wyraźnie "wyrywa się" w stronę typowej dyskoteki. Późniejsze albumy cenię już wybiórczo, ale nie odrzucam wszystkich. Najbardziej przekonują mnie: "Fundamental" (2006), "Yes" (2009) oraz "Elysium" (2012). Na innych płytach również znajdę nagrania, które do mnie trafiają, ale w całości trudno mi przez nie przebrnąć. Z powyższego punktu widzenia z pewnością wynika również mój stosunek do serii "Disco" i przychylne nastawienie do omawianej pierwszej płyty, która ukazała się w listopadzie 1986 roku. W istocie był to rodzaj kontynuacji debiutanckiego albumu "Please", tym cenniejszy, że znalazły się na nim dwa utwory pominięte na debiucie. Wydawnictwo od razu otwiera nagranie "In the Night" (Extended Mix), którego nie było na "Please". Pochodzi pierwotnie ze strony B singla "Opportunities" wydanego w 1985 roku. Kompozycja opowiada o francuskiej subkulturze znanej jako "zazous", która pojawiła się we Francji podczas niemieckiej okupacji w czasie II wojny światowej. Zazous zajmowali się modą i muzyką. Nie interesowało ich otoczenie, w którym żyli, co swoją drogą potwierdza nasze polskie patrzenie na niemiecką okupację Francji nieco z przymrużeniem oka. Oczywiście Francuzów również spotykały drastyczne sytuacje, ale nie da się tego porównać do niemieckiej okupacji Polski, gdzie np. za ukrywanie Żydów groziła kara śmierci. Zazous nie musieli ani współpracować z Niemcami, ani z kolaboracyjnym rządem Vichy, ani z francuskim ruchem oporu. Żyli po swojemu, jakby wojny wcale nie było. Tennant rozważa w utworze, czy ta postawa nie była w istocie kolaboracją. Pod względem muzycznym w nagraniu sympatycznie pobrzmiewa basowa sekwencja oraz taneczny, dynamiczny bit, na tle którego Tennant śpiewa swoje kwestie. To bardzo energetyczne nagranie, osadzone w synthpopowej tradycji, było swego czasu lansowane w polskiej radiowej Trójce. Dzięki temu w marcu 1987 roku dotarło do ósmego miejsca listy. Drugim utworem, który jest na "Disco" a został pominięty na "Please" jest "Paninaro" (Italian Remix). Pierwotnie ukazał się na stronie B singla "Suburbia" (1986). To kolejne nagranie, które opowiada o subkulturze młodzieżowej. Tym razem o włoskiej subkulturze z lat 80. XX wieku, znanej jako "paninari". Nazwa pochodzi od włoskiego słowa panino (kanapka). Jej członkowie byli znani ze spotkań w restauracjach serwujących kanapki i pierwszych amerykańskich restauracjach typu fast food, a także ze swojego zamiłowania do markowych ubrań i muzyki pop z lat 80. - new romantic i italo disco. W tym przypadku nie ma już żadnej głębszej filozofii. Neila Tennanta zwyczajnie zainteresowały, podobne do swoich, zainteresowania włoskiej młodzieży. Co ciekawe, w „Paninaro” wokalistą jest Chris Lowe, który śpiewa główne partie wokalne a Tennant powtarza jedynie tytuł w przerwach. Utwór jest utrzymany w synthpopowym, typowym dla "Please" stylu. Nastrój jest nieco romantyczny, melancholijny, zamglony, choć wymowa całości wyraźnie taneczna.  Pozostałe cztery kompozycje, które znalazły się na "Disco" to wydłużone single pochodzące z "Pleaese": "Suburbia (The Full Horror)", "Opportunities (Version Latina)", "Love Comes Quickly (Shep Pettibone Mastermix)" i "West End Girls (Disco mix)". Za remiksy "Love Comes Quickly" i "West End Girls" odpowiada Shep Pettibone, którego podejście do miksowania było w latach 80. uważane za nowatorskie a dzisiaj jest czymś normalnym. Autor w swoich miksach rozbijał utwór na elementy składowe, a następnie łączył je, dzięki czemu w finale uzyskiwał nagranie dłuższe i uwypuklające rytm. To powodowało, że nagranie zyskiwało charakter jeszcze bardziej taneczny i klubowy. Jednocześnie jego zabiegi nie sprawiały, że utwór tracił swój charakter. Słuchacz mógł spokojnie cieszyć się nową wersją również w warunkach domowych zyskując dodatkowe minuty swojego ulubionego nagrania. Wersja "West End Girls" Shepa Pettibone'a trwa ponad dziewięć minut.  "Disco" to niezwykle udane wydawnictwo, które z pewnością przypadnie do gustu tym słuchaczom, którzy pokochali Pet Shop Boys dzięki płycie "Please". Mimo że cztery nagrania to jedynie wydłużone wersje kompozycji pochodzących z debiutu, to radość ich słuchania jest niezmienna również w takiej formie. Poza tym mamy tutaj dwa utwory, które nie znalazły się na regularnych płytach a całość, mimo zaledwie sześciu kompozycji, trwa czterdzieści sześć minut, czyli jak pełnoprawna płyta. [9/10] Andrzej Korasiewicz16.05.2026 r.

Więcej… Pet Shop Boys - Disco...

Ure, Midge - A Man Of Two Worlds

10 maja 2026
527 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • electronic
  • art pop

Midge Ure - A Man Of Two Worlds2026 Chrysalis World One: Music 1. A Different View2. The Space In Between3. Hearing The invisible4. Just Below The Surface5. The Dimming Light6. The Other Side7. Blues and Greys8. The Pictures You Carry With You World Two: Songs 1. Just Words2. World Away3. Shouting To The Moon4. Caught In The Middle5. Ordinary Man (Precious Moments)6. Somewhere Out There7. The Man Who Stole Your Soul8. Fan The Flame Na tę płytę czekaliśmy dwanaście lat. Tyle minęło od chwili wydania ostatniego albumu Midge Ure'a z autorską muzyką pt. "Fragile" (2014) [czytaj recenzję >>]. W tym czasie Midge Ure dał niezliczoną ilość koncertów grając zarówno repertuar solowy, jak i wracając do grania muzyki Ultravox. W 2017 roku ukazał się album "Orchestrated" [czytaj recenzję >>] , na którym Midge Ure zaprezentował orkiestrowe aranżacje zarówno solowych nagrań, jak i tych współtworzonych przez niego w czasach Ultravox. Ukazała się też wartościowa składanka "Soundtrack: 1978–2019" [czytaj recenzję >>]  podsumowująca dorobek muzyka od początku kariery. Midge Ure udzielał się też na płytach innych wykonawców, jak ostatnio na nowym albumie Kim Wilde ("Closer", 2025) [czytaj recenzję >>] . To wszystko nie spełniało jednak ambicji Ure'a, by stać się szanowanym autorem piosenek na miarę Petera Gabriela. Czy nowa, podwójna płyta "A Man Of Two Worlds" realizuje te oczekiwania? Oczywiście na to jest już za późno. Midge w październiku tego roku kończy 73 lata i jest już u schyłku swojej kariery, której szczytem była połowa lat 80. Wtedy na fali popularności Ultravox zdobył rozpoznawalność solową, a współpraca z Bobem Geldofem przy tworzeniu Band Aid a następnie Live Aid zapewniła mu wysoką pozycję w brytyjskim show-biznesie. Midge Ure'owi nigdy nie udało się jednak uzyskać rozpoznawalności w Stanach Zjednoczonych a jego solowa kariera w Wielkiej Brytanii i Europie kontynentalnej szybko przygasła. W połowie lat 90. muzyczny show-biznes przestał wiązać z Midge Urem jakiekolwiek nadzieje. Na początku XXI wieku muzyk stał się w praktyce artystą niszowym, którym interesują się jedynie dawni fani Ultravox. Nowa płyta tego nie zmieni, ale warto po nią sięgnąć, szczególnie, gdy należy się do grona sympatyków Ultravox. Album podzielony jest na dwie części. Na pierwszym krążku "World One: Music" Midge Ure prezentuje nagrania instrumentalne. To zestaw ośmiu subtelnych kompozycji głównie fortepianowych wzbogaconych o partie skrzypcowe i tła orkiestrowe, które dodają utworom patosu i podniosłości.  Słucha się tego przyjemnie, ale w tej recenzji skupię się na drugiej części wydawnictwa pt. "World Two: Songs". Tutaj również mamy osiem nagrań, ale w przeciwieństwie do pierwszej części otrzymujemy kompozycje wokalne, w których większą rolę odgrywa elektronika.  "World Two: Songs" otwiera znany już wcześniej z singla "Just Words". Wersja albumowa jest dłuższa od tej singlowej o prawie dwie minuty. Kompozycja jest rodzajem łącznika z pierwszą częścią "A Man Of Two Worlds", ponieważ słyszymy tutaj zarówno partie fortepianowe, jak i przede wszystkim smyczkowe tła. Do tego dołącza perkusja, bas, gitara i śpiew Midge Ure'a. Utwór ma w sobie charakterystyczną dla twórczości Midge Ure'a patetyczną melancholię, która wznosi do góry. Ten tęskny, emocjonalny głos Ure'a zawsze chwyta mnie za serce. Końcowe kilkadziesiąt sekund nagrania to niemal ambientowe tło, w którym słyszymy subtelne partie smyczków i delikatne klawisze, które przechodzą w następną kompozycje "World Away". Tutaj mamy już do czynienia z kompozycją mocno elektroniczną, w której dominuje mechaniczny, jednostajny bit i wiele warstw syntezatorowych. Słychać zarówno przestrzenne partie klawiszowe, które bardzo kojarzą mi się z Ultravox, jak i chwilami gęste, basowe a przy tym wirujące syntezatory, które wprowadzają niepokój. To moja ulubiona kompozycja z najnowszej płyty Ure'a. Miałem nadzieję, że pozostała część płyty będzie się rozwijać w podobnym klimacie, ale tak nie jest. Począwszy od "Shouting To The Moon" mam wrażenie, że słucham kontynuacji poprzedniego albumu "Fragile", co nie jest zarzutem. Kompozycja jest spokojniejsza i przywraca muzyce Ure'a patos. Słychać ponownie smyczkowe tła i delikatne motywy fortepianowe, choć we wstępie również delikatny elektroniczny bit. W dalszej części nagranie nabiera rozmachu a subtelne smyczki przeradzają się w potężniejszą orkiestrową aranżację. Pewnym kontrapunktem są gitarowe riffy, ale w utworze dominuje patos. Ten nastrój kontynuuje "Caught In The Middle", choć oprócz aranżacji orkiestrowej słychać również przestrzenne partie syntezatorowe. "Ordinary Man (Precious Moments)" zaczyna się od narastających dźwięków smyczkowych, za chwilę gasnących i tworzących patetyczne tło nagrania. Na nie nakłada się elektroniczny bit, a następnie partie syntezatorowe oraz najpierw przetworzony śpiew Midge Ure'a a następnie w jego zwykłej tonacji. Śpiew Ure'a jest emocjonalny i ma większą siłę, by za chwilę powróciła jego wersja przetworzona. Kompozycja w bardzo interesujący sposób łączy elektronikę i elementy muzyki klasycznej a przy tym nie jest przeładowana patosem. To bardzo udane nagranie, które również jest w czołówce moich ulubionych z "A Man Of Two Worlds". W "Somewhere Out There" wracamy do fortepianu, rzewnego śpiewu Ure'a a następnie orkiestrowego tła. Dopiero pod koniec słyszymy basowe, nieco rozstrojone dźwięki syntezatorowe, które stanowią kontrast do dominującego w nagraniu patosu. "The Man Who Stole Your Soul" to drugi utwór singlowy, który poznaliśmy przed wydaniem nowej płyty. Podobnie jak w przypadku "Just Words" wersja albumowa jest dłuższa niż singlowa. "The Man Who Stole Your Soul" od razu przypadł mi do gustu. Choć również w nim słychać partie smyczkowe, to utwór ma o wiele prostszą, piosenkową konstrukcję, w której słyszymy dynamiczną perkusję, mocniejsze riffy gitarowe, pulsujący bas a także intensywne, przestrzenne partie syntezatorowe. Śpiew Ure'a jest bardziej konkretny, choć nie gubi swojego nieuchwytnego piękna. Mamy też chwytliwy refren. Nagranie ponownie na końcu przybiera charakter ambientowy - smyczkowo-klawiszowo-fortepianowy - i staje sią łącznikiem z kończącym album utworem "Fan The Flame", który rozpoczyna się tak jak kończy się "The Man Who Stole Your Soul". Na tą instrumentalną warstwę wchodzi spokojny, chwilami wręcz szeptany śpiew Ure'a. "Fan The Flame" zamyka album w nastroju podniosłym. Słyszymy dzwoneczki, przestrzenne partie syntezatorowe, orkiestrowe, patetyczne tła i delikatne gitarowe akordy. Gdy wydaje się, że kulminacją będą partie orkiestrowe, na koniec pojawia się śpiew Ure'a, który wieńczy płytę.  Czy "A Man Of Two Worlds" to udany album? Na pewno nie jest to muzyka, która odkrywa cokolwiek nowego. Nie wydaje mi się również, żeby mogła przekonać do twórczości Midge Ure'a kogoś, kto wcześnie już jej nie cenił. Artysta w ciekawy sposób łączy elementy elektroniki i muzyki klasycznej. Brakuje mi tutaj czasami bardziej soczystych motywów elektronicznych, które w wyraźniejszy sposób z jednej strony nawiązywałyby do twórczości Ultravox, z drugiej były mocniejszym kontrapunktem dla dominujących na płycie motywów smyczkowych i orkiestrowych, które nadają muzyce charakter podniosły. Mimo wszystko "A Man Of Two Worlds" to płyta zwyczajnie piękna, która z pewnością spodoba się tym, których przekonywała wcześniejsza płyta "Fragile". "A Man Of Two Worlds" jest według mnie rozwinięciem tej drogi i z pewnością wszyscy sympatycy twórczości Midge Ure'a nie powinni pozostać obojętni wobec jego najnowszej propozycji. To jedna z tych tegorocznych płyt, do których często będę wracać. [8/10] Andrzej Korasiewicz10.05.2026 r.

Więcej… Ure, Midge - A Man Of Two Worlds...

Ladytron - Paradises

6 maja 2026
269 odsłon
Tagi:
  • electronic
  • dream pop
  • electro pop

Ladytron - Paradises2026 Nettwerk 1. I Believe In You 05:022. In Blood 04:563. Kingdom Undersea 04:464. I See Red 03:505. A Death in London 04:446. Secret Dreams of Thieves 04:137. Sing 03:518. Free, Free 06:009. Metaphysica 04:4010. Caught in the Blink of an Eye 03:4411. Evergreen 05:2112. Ordinary Love 04:2813. We Wrote Our Names in the Dust 05:0914. Heatwaves 01:1515. Solid Light 04:2916. For a Life in London 05:03 Ladytron zaczynał na początku XXI wieku jako nowa grupa, która nawiązywała do synthpopowej, jak się wówczas wydawało, skamieliny lat 80. Wtedy muzyka syntezatorowa z lat 80. dopiero wracała do łask po "wyklęciu" jej w latach 90., gdy była pośmiewiskiem jako kicz i tandeta. Dla osobników takich jak ja, którzy wychowywali się w latach 80. i wtedy również wracali do swoich dawnych "idoli", muzyka Ladytron nie była jednak przekonywująca a jej związki z klasycznym, kraftwerkowym synth popem odległe. Pisałem o tym w recenzji poprzedniej płyty formacji pt. "Time's Arrow" (2023) [czytaj recenzję >>] . Ladytron był znacznie bardziej krzykliwy, dosadny, czasami wręcz agresywny ze swoją wersją muzyki elektronicznej, która próbowała dyskontować klasycznie synthpopowe wzorce. W mojej ocenie w niewielkim stopniu nawiązywał do klasycznego synth popu. To było raczej ślizganie się po nim na bazie nowej muzyki elektronicznej wywodzącej się z technoidalnej sceny lat 90. Z czasem Ladytron dokładał jednak inne elementy w swojej twórczości, trochę łagodniejąc a trochę rozmywając swoje brzmienie w duchu dream popu. Nie wiem czy dzięki temu, ale wraz z upływem lat coraz bardziej przekonywałem się zarówno do początków działalności Ladytron, jak i podobały mi się nowsze płyty zespołu. Najnowsza propozycja Brytyjczyków jest kolejnym krokiem w stronę brzmień łagodniejszych, ładniejszych, ale przy tym nie tracących nic ze swojego elektronicznego charakteru. Na "Paradises" brakuje wyrazistych riffów syntezatorowych, chwytliwych refrenów czy bardzo intensywnych rytmów. Ladytron prezentuje brzmienie jeszcze bardziej zwiewne i łagodne, ale to nie znaczy, że nie ma tutaj na czym zawiesić ucha a płyta jest tylko muzyczną tapetą, choć i takie funkcje może spełniać. Mimo tego, że na "Paradises" znajdziemy aż szesnaście utworów, które trwają ponad siedemdziesiąt minut to nie wieje tu nudą.  Wszystko zaczyna się od dynamicznego "I Believe In You", który był pierwszym singlem promującym album zaprezentowanym jeszcze we wrześniu 2025 roku. Mnie od początku bardziej przypadł do gustu drugi singiel pt. "I See Red", w którym słychać rozedrgane partie klawiszowe ubarwiające szybkie tempo i wyrazisty bit elektroniczny. Delikatny, ale zdecydowany śpiew Helen Marnie, szczególnie w refrenie, podkreśla przebojowy charakter kompozycji. Według mnie to bardzo "ejtisowy", kraftwerkowy a przy tym romantyczny numer, który jest moją ulubioną kompozycją na płycie. "A Death in London" to piąty singiel wydany już w lutym 2026 roku, który ma pulsujący bas syntezatorowy a także syntetyczne partie smyczkowe, które podkreślają szlachetny charakter kompozycji, mimo dosadnego, mocnego, technoidalne bitu. Nad kompozycją unosi się również specyficzna mgiełka tajemniczości, która zresztą często powraca na płycie. Partia saksofonu, którą również słychać w "A Death in London", czy w kończącym album "For a Life in London", podkreśla bogactwo brzmienia zaprezentowane przez Ladytron. Podoba mi się również utwór numer dziewięć pt. "Metaphysica". Transowa, elektroniczna rytmika wprowadza mnie w swoiste odrętwienie, którą podtrzymuje niemal szeptany śpiew Helen Marnie. Trzeci na płycie "Kingdom Undersea", który był zarazem trzecim singlem zapowiadającym album jest znacznie bardziej zwyczajny, moim zdaniem mało przebojowy, co nie znaczy zły. To przyjemna kompozycja oparta na powtarzanych akordach fortepianowych, które pełnią funkcje rytmiczne w o wiele wyraźniejszy sposób niż elektroniczny bit. Czwartym singlem wydanym w grudniu 2025 roku okazał się "Caught in the Blink of an Eye", który na płycie znajduje się pod numerem dziesięć. Mocny, dynamiczny bit eklektroniczny i delikatny, ale zdecydowany śpiew Helen Marnie definiują to nagranie. Kompozycja płynie bez żadnych zwrotów rytmicznych i przejść oraz bez chwytliwego refrenu. Pod numerem jedenastym znajduje się szósty singiel pt. "Evergreen" wydany 20 marca tego roku, czyli w dniu premiery "Paradises". Według mnie utwór jest przyjemny, ale również pozbawiony wyraźnych cech przebojowości, a tego przecież należałoby spodziewać się po singlu. Najnowszym, siódmym już singlem wydanym pierwszego maja tego roku jest "Sing". Choć nie należy do moich faworytów na płycie, bo brzmi banalnie i schematycznie, to nie można odmówić mu przynajmniej tego, że ma chwytliwy refren.  Pozostałe nagrania wpisują się w zwiewną, melancholijną, ale mimo wszystko optymistyczną muzykę zaprezentowaną na "Paradises". Nie ma tutaj słabych punktów, ale nie ma też wyraźnie wybijających się kompozycji. W przypadku tego wydawnictwa to nie jest jednak zarzut. "Paradises" przyciąga swoim nastrojem i skupiającym uwagę połączeniem pięknych melodii, aury tajemniczości oraz pulsującej elektroniki tworząc zwartą całość. Jeśli ktoś szuka prostych i szybkich hitów, nie znajdzie ich tutaj, ale jeśli chce zanurzyć się w delikatne, płynące dźwięki elektroniczne, czasami taneczne a przy tym nie pozbawione nutki zadumy, to najnowszy album Ladytron idealnie spełnia te kryteria. [8/10] Andrzej Korasiewicz06.05.2026 r.

Więcej… Ladytron - Paradises...

Laibach - Musick

5 maja 2026
408 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • industrial
  • pop
  • experimental
  • dance

Laibach - Musick2026 Mute 1. Musick (feat. Wiyaala) 03:422. Fluid Emancipation 03:313. Singularity (feat. Donna Marina Mårtensson) 03:244. Resistencia (feat. Gregor Strasbergar) 03:595. Love Machine (feat. Senidah) 03:266. Luigi Mangione 03:247. Keep It Reel (feat. Manca Trampuš) 03:258. Yes Maybe No (feat. Donna Marina Mårtensson) 03:269. Allgorhythm (feat. Wiyaala) 03:4810. Das göttliche Kind 05:35 Nowa płyta Słoweńców wywołała niemałe zdziwienie niektórych słuchaczy. Jak to, Laibach nagrał płytę w stylu euro-dance? Czy to na poważnie, czy nie, a jeśli nie, to czemu miałoby to służyć? A przecież Laibach niemal od początku bawił się w dekonstrukcję muzyki pop. Tylko w początkach swojej działalności eksplorował ściśle ambientowo-nowofalowo-industrialne wzorce muzyczne. Ten etap zwieńczył płytą "Nova Akropola" (1986). Już na następnym albumie "Opus Dei" (1987) [czytaj recenzję >>]  rozpoczął "zabawę" z popkulturą nagrywając własne wersje ówczesnych ogólnoświatowych hitów: "Live is Life" Opus Dei oraz "One Vision" Queen. Te przeróbki utrzymane były wprawdzie w industrialnej konwencji, ale początek był zrobiony. Następnie Laibach w tym samym duchu rozpoczął dekonstrukcję największych przedstawicieli popkultury: The Beatles ("Let it Be", 1988) i The Rolling Stones ("Sympathy for the Devil", 1990). Słuchacze w dalszym ciągu otrzymywali zwarte stylistycznie propozycje z charakterystycznym "wodzowsko-faszystowskim" wokalem Milana Frasa, mocnym, elektronicznym beatem i orkiestrowymi tłami. Początek lat 90. przyniósł jednak wyczerpanie tej formuły. W 1992 roku ukazał się album "Kapital", który był jej swoistym podsumowaniem, ostatnim wydawnictwem w "klasycznym" duchu drugiego etapu działalności grupy (1987-1992). To właśnie ten okres od płyty "Opus Dei" do "Kapital" przyniósł grupie największą rozpoznawalność i dzięki niemu zespół zdobył zagorzałych zwolenników, włącznie z piszącym te słowa. Jednocześnie "Kapital" wprowadzał już Laibach w nową epokę, bo brzmienie skłaniało się w bardziej technoidalnym kierunku.  Prawdziwym szokiem, przynajmniej dla mnie, okazał się album "NATO" (1994). Laibach wrócił na nim do dekonstrukcji muzyki pop nagrywając m.in. covery "Final Countdown" Europe, "In the Army Now" Bollanda (najlepiej znanego z wykonania Status Quo), "Dogs of War" Pink Floyd czy "War" The Temptations i to samo w sobie było czymś spodziewanym. Zaskakujące było jednak brzmienie niektórych coverów, np "War" czy "Final Countdown", które miały niemal housowo-eurodance'owy podkład rytmiczny, w dodatku w "War" zamiast mocnego wokalu Frasa pojawiły się żeńskie, sopranowe śpiewy. To nie brzmiało jak Laibach! Mnie odrzuciło całkowicie. Do dzisiaj nie lubię tej płyty, choć trzeba przyznać, że nie wszystkie nagrania są tak złe jak wtedy uważałem. Dla mnie jednak wraz z płytą "NATO" skończył się mit Laibacha. Od tamtej pory "skreśliłem" Słoweńców i przestałem z uwagę śledzić ich kolejne poczynania przesłuchując kolejne płyty "z obowiązku". Nie przekonał mnie nieciekawy, rockowo-industrialny "Jesus Christ Superstars " (1996). Powrotem do formy był "WAT" (2003), ale urok niesamowitości muzyki Słoweńców gdzieś uleciał. Laibach nagrywał dużo i w bardzo różnych stylach. Tworzył muzykę do filmów, przedstawień teatralnych, dekonstruował muzykę Jana Sebastian Bacha, wydawał kolejne albumy z premierowym materiałem własnym. Jedne propozycje podobały mi się bardziej ("Spectre", 2014), inne mniej ("The Sound of Music, 2018). Ilość muzyki, którą wydawał Laibach stawała się trudna do ogarnięcia, ale mało było w tym wszystkim "klasycznego Laibacha". Kilka dni temu ukazał się nowy album Słoweńców z pierwszym, jak reklamuje formacja, od "Spectre" (2014) premierowym, własnym repertuarem. Trudno się w tym wszystkim połapać, bo od 2014 roku Laibach wydał kilkanaście różnego typu wydawnictw, ale uznajmy, że to rzeczywiście pierwszy od dwunastu lat premierowy materiał Słoweńców. Teoretycznie "Musick" przynosi muzykę, która nie powinna mi się podobać. Choć Słoweńcy nie dekonstruują żadnych znanych hitów popowych, to postanowili na wyższym poziomie zdekonstruować całą współczesną muzykę pop, przedstawiając własne kompozycje utrzymane w tym duchu. Dzisiejszy pop to niestrawna mieszanka electro popu, hip hopu, house'u, eurodance'u, trapu i całej masy innych elementów, które pop głównego nurtu inkorporuje pochłaniając je jak wszystkożerny smok. I właśnie tym tematem zajął się na "Musick" Laibach. Pierwszy singiel promujący album "Allgorhythm", w którym śpiewa afro-popowa wokalistka Wiyaala przyjąłem jeszcze z rezerwą. A właściwie towarzyszyły mi podobne odczucia, jakie żywiłem przy okazji płyty "NATO". W gruncie rzeczy nadal ten numer wydaje mi się bardziej okropny, niż ciekawy. Tandetny, natarczywy i prymitywny eurodance'owy rytm jest najgorszym elementem tej kompozycji. Ale już drugi singiel, tytułowy "Musick", rozpoczynający album, w którym również udziela się Wiyaala dobrze mnie nastroił dzięki klasycznemu wokalowi Frasa otwierającemu kompozycję. Rytm jest bliższy electropopowi, podobnie jak słyszalne w tle syntezatory. Nagranie jest jednak przeładowane wieloma dźwiękami, z tymi orkiestrowymi na czele. Podoba mi się też drugi utwór na płycie pt. "Fluid Emancipation", w którym słychać przyjazny, electropopowy rytm. Podobnie jak w nagraniu tytułowym słychać jeden z głosów przetworzonych przy pomocy vocodera a na całość składa się wiele dźwięków, które mocno zagęszczają brzmienie a przy tym utrzymują je w rodzaju permanentnego kiczu. Śpiew  Frasa jest tylko jednym z elementów kompozycji, nie dominując jej. "Singularity" zawiera wtręty electro-country. "Resistencia" brzmi na początku jak "zwokoderowany" Ricky Martin. Na szczęście nad wszystkim czuwa Fras, który stwarza swoim wokalem kontrapunkt i powoduje, że nie traktujemy utworu całkiem poważnie. Myślimy za to nad marnością współczesnej muzyki pop.  "Love Machine" to najbardziej "kraftwerkowy" fragment płyty. Gdyby nie wokal Senidah brzmiałby całkiem klasycznie i laibachowo. "Luigi Mangione" przynosi popis "tradycyjnego" wokalu Frasa, co daje trochę wytchnienia. Instrumentalnie to powolna, ponownie trochę "electro-countrowa" kompozycja. "Keep It Reel" ma mocniejszy riff gitarowy i szybsze tempo, a w refrenie jest krótka pseudo-rapowanka Manca Trampuš. Smyczkowe tła ponownie wskazują, że mamy do czynienia z muzycznym synkretyzmem. Tak jest zresztą w przypadku całej płyty. Na "Yes Maybe No" składa się mocny, mechaniczny beat elektroniczny oraz pospolity typowo popowy i mdły śpiew Donna Marina Mårtensson. Jednocześnie w środku nagrania pojawia się przez chwilę dźwiękowy chaos oraz smyczkowe tło, które po raz kolejny pokazują dekonstrukcyjny charakter muzyki Laibach. Następny jest wspomniany już utwór "Allgorhythm", który jako pierwszy promował album. Płytę "Musick" zamyka utwór "Das göttliche Kind", który brzmi jak szalona kołysanka w rytmie IDM przetrąconym housem. Czy warto słuchać płyty, która w istocie jest krytyką współczesnego nadmiaru w muzyce pop a nie do końca muzyką jako taką? Tak, bo formuła, którą przyjmuje Laibach powoduje, że album "Musick" nabiera autonomicznej wartości. "Musick" brzmi jak klasyczny Laibach, który rozgląda się we współczesnej muzyce pop próbując wydobyć z niej jakiś sens i wartość. Moim zdaniem tego nie znajduje, ale jednocześnie płyta staje się propozycją dla tych, którzy chcą przejść tę samą drogę a niekoniecznie mają ochotę słuchać w całości płyt Sabriny Carpenter czy gwiazd k-popu. "Musick" to kolejny etap dialogu Słoweńców z popkulturą a jego wynikiem jest muzyka ukazująca wszystkie słabości i mielizny współczesnego popu, pozwalająca jednocześnie słuchaczowi  poznać jego namiastkę w strawnej, czasami zabawnej formie. Prawdopodobnie płyta nie przypadnie jednak do gustu sympatykom industrialu. [8/10] Andrzej Korasiewicz05.05.2026 r.

Więcej… Laibach - Musick...

Görl, Robert - Night Full Of Tension

19 kwietnia 2026
268 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • minimal
  • electro pop

Robert Görl - Night Full Of Tension1984 Mute 1. Playtime 3:542. I Love Me    5:313. Charlie Cat 3:404. Gewinnen Wir Die Beste Der Frauen    4:495. Queen King    4:546. Love In Mind    4:457. Darling Donat Leave Me 3:398. Wind In Hair    4:19 Robert Görl to współzałożyciel formacji Deutsch Amerikanische Freundschaft (DAF). DAF powstał jako kwartet, a gdy po kilku latach stał się duetem, Görl tworzył go wraz ze zmarłym kilka lat temu Gabrielem „Gabi” Delgado-Lópezem. Większość słuchaczy patrzyła jednak na DAF tak naprawdę przez pryzmat Delgado-Lopeza. A przecież to właśnie Robert Görl wnosił do DAF w większym stopniu czynnik muzyczny. Delgado był przede wszystkim frontmanem, trochę performerem, na pewno twarzą DAF. Ale to Görl pobierał lekcje gry na perkusji u jazzmana Freddiego Brocksiepera a w 1974 roku rozpoczął nawet naukę muzyki klasycznej w Konserwatorium Leopolda Mozarta w Augsburgu a następnie w 1976 roku na Uniwersytecie w Grazu. To on był mózgiem, który w dużym stopniu stworzył charakterystyczne brzmienie DAF. To że zdobył podstawy wykształcenia muzycznego może kłócić się trochę z wizerunkiem DAF, który tworzył muzykę prostą, minimalistyczną, wręcz prymitywną. Ale przecież przy tym odkrywczą, bo DAF to jeden z pierwszych wykonawców, który mieszał punkową energię z syntezatorami i elektroniką. Trzy klasyczne płyty DAF: "Alles ist gut" (1981), "Gold und Liebe" (1981), "Für immer" (1982) zdefiniowały ten styl. Podczas nagrywania ostatniej z nich doszło do rozpadu DAF. W jego wyniku zarówno Delgado, jak i Görl wydali swoje płyty solowe. "Night Full Of Tension" to propozycja Görla. Najbardziej zdziwieni mogą być sympatycy Eurythmics, bo na płycie słyszymy głos Annie Lennox i to w aż kilku utworach. Trzeci na płycie "Charlie Cat" został w całości zaśpiewany przez Lennox, w siódmym "Darling Donat Leave Me" Lennox pojawia się w ducie z Görlem. Co spowodowało, że ówczesna gwiazda muzyki pop w szczycie swojej popularności udziela się na albumie niszowego przecież muzyka? To może jeszcze bardziej zdziwić mniej dociekliwych słuchaczy. Robert Görl zagrał na debiutanckim albumie Eurythmics "In the Garden" (1981) nagrywanym w studiu Conny'ego Planka. Oboje znali się zatem od tego czasu i Lennox udziałem w solowej płycie Görla spłaciła niejako dług wdzięczności za jego wkład w płytę Eurythmics. Gwiazdorska obsada tej płyty to skądinąd temat na odrębny tekst, który pewnie w przyszłości pojawi się na stronie Alternativepop.pl  Jaką muzykę przynosi "Night Full Of Tension"? To kontynuacja tego, co Görl robił w DAF, ale muzyka jest mniej agresywna i zadziorna. Jest wolniej, spokojniej, nie ma tej natarczywości znanej z DAF, nie ma brutalnego skandowania Delgado. Czy jest bardziej popowo? Moim zdaniem nie. Muzyka jest trochę spokojniejsza, ale nadal mamy do czynienia z minimalistycznym electro pozbawionym melodii i chwytliwych refrenów. Śpiew Lennox w utrzymanym w szybkim tempie utworze "Charlie Cat" sprawia wrażenie jakby nie pasującego do muzyki. Następujący po nim "Gewinnen Wir Die Beste Der Frauen" to mozolne, przyciężkie, choć wolne electro, które nie miało żadnych szans na uzyskanie komercyjnego sukcesu. Nieco bardziej przebojowy wydaje się "Darling Donat Leave Me", w którym Lennox śpiewa w duecie z Görlem, ale jednak nie na tyle, by podbić świat ówczesnej muzyki popularnej.  W pozostałych nagraniach na płycie wokalnie udziela się Görl. Jego śpiew jest miejscami niemal nieśmiały, jakby starał się schować się za muzyką, jakby nie był pewien jego wartości. To wpływa na odbiór płyty, na którą patrzy się przez pryzmat minimalistycznego electro, które jest jej głównym bohaterem. Utwory w gruncie rzeczy są do siebie podobne, różnią się przede wszystkim tempem. Miarowy bit automatu perkusyjnego, basowy dźwięk sekwencera to podstawa każdego nagrania. Miłośnicy klasycznego brzmienia DAF znajdą tu coś dla siebie ("Wind In Hair"!). Dla innych płyta może okazać się trochę nużąca. Mnie umiarowanie podoba się. [7/10] Andrzej Korasiewicz19.04.2026 r.

Więcej… Görl, Robert - Night Full Of Tension...

Republika - Masakra

17 kwietnia 2026
274 odsłon
Tagi:
  • electronic
  • rock
  • pop

Republika - Masakra1998 Pomaton EMI 1. Masakra  3:472. Mamona 3:383. Odchodząc 3:574. 13 cyfr 4:445. Przeczekajmy noc 3:446. Sado-maso piosenka 3:447. Raz na milion lat 5:068. Gramy dalej    3:409. Strażnik snu    4:1110. Koniec czasów 4:41 Gdy Republika reaktywowała się w 1990 roku nadzieje fanów zespołu z lat 80. były bardzo duże. Następne lata pokazały jednak, że formacja nie miała szans na odzyskanie pozycji, którą zajmowała w połowie lat 80. A przypomnijmy, że była wtedy, obok Lady Pank i Maanamu, najpopularniejszą polską grupą rockową. Tymczasem w 1990 roku nadeszły nowe czasy. Wokół przeobrażała się nie tylko rzeczywistość społeczno-polityczna, ale również branża muzyczna w Polsce. Do tego zmieniły się też trendy w światowej muzyce "rozrywkowej". W dodatku sam zespół nie do końca wiedział co chce osiągnąć. Pierwsze lata po reaktywacji okazały się swoistym polem minowym dla grupy.  Republika zaczęła konserwatywnie, od wydania płyty "1991" z nowo nagranymi starymi numerami, które nie były dostępne na dwóch regularnych płytach zespołu z lat 80. W lutym 1993 roku formacja zagrała w Radio Łódź koncert "bez prądu", podczas którego zaprezentowała akustyczne wersje swoich największych przebojów. W tym samym roku ukazał się pierwszy po reaktywacji w pełni nowy materiał, który okazał się prawdziwym szokiem dla sympatyków Republiki. Na płycie "Siódma pieczęć" znalazła się muzyka nie mająca nic wspólnego z Republiką, którą wszyscy znali - czyli popowo-nowofalową. Zamiast nowofalowej zadziorności i drapieżności usłyszeliśmy zaskakującą muzykę pop rockową nawiązującą stylistycznie do ducha lat 70. a może nawet 60., którą zdominowało brzmienie organów Hammonda. Słuchacze nastawieni na muzykę alternatywną, którzy zawsze z pewnym dystansem podchodzili do twórczości Republiki, uzyskali potwierdzenie, że nowofalowość Republiki w latach 80. to była tylko poza, a nie szczere zaangażowanie. Zagorzali i wierni fani Republiki starali się docenić płytę "Siódma pieczęć" twierdząc, że grupa "rozwija się artystycznie". Fakty jednak były takie, że płyta nie osiągnęła sukcesu komercyjnego i na pewno zawiodła większą część sympatyków zespołu. A przecież Republika to zawsze była również marka o znaczeniu komercyjnym. W tym czasie pojawiły się nowe gwiazdy polskiego rocka - Hey, Edyta Bartosiewicz, Wilki - które stały się  idolami nowego pokolenia dojrzewającego w latach 90. Konkurencja uciekała. Grupa postanowiła wrócić do sprawdzonych wzorców i w 1995 roku wydała płytę pt. "Republika marzeń". W zamyśle muzyka na niej miała nawiązywać do nowofalowego stylu klasycznej Republiki. Niestety nie do końca to się udało. Na okładce pojawiła się flaga w biało-czarne pasy, utwór tytułowy trochę przypominał klasyczne hity z lat 80., ale ani nie miał tej mocy, ani nie był kompozycją na tyle udaną, by wzbudzić większe zainteresowanie starych słuchaczy, nie mówiąc o zdobyciu nowych. Podobnie reszta płyty wypełniona była utworami trudno broniącymi się przed zarzutami o wtórność i tylko w niektórych przypadkach udanymi. "Republika marzeń" była kolejną porażką wydawniczą zespołu. Jasne stało się, że prosty powrót do nagrywania w dawnym stylu nie jest możliwy. Republika potrzebowała płyty, która z jednej strony w sposób przekonywujący nawiąże do klasycznej formuły zespołu z lat 80. a z drugiej udanie wpisze się w nowe czasy. Takim krążkiem okazał się album "Masakra".  Płytę promował utwór "Mamona", który przywrócił Republice właściwy jej status. Wprawdzie w nowych czasach Lista Przebojów Programu Trzeciego straciła na znaczeniu, bo jak grzyby po deszczu wyrosły komercyjne rozgłośnie, które miały swoje playlisty, to jednak warto odnotować, że dzięki "Mamonie" grupa wróciła po dwunastu latach przerwy na szczyt trójkowej listy. Spędziła tam aż sześć tygodni. Wideoklip nakręcony do utworu często gościł też w telewizji, dzięki czemu nagranie stało się rozpoznawalne w całej Polsce. Muzycznie "Mamona" była udanym nawiązaniem do twórczości Republiki z lat 80. Słychać w nim charakterystyczny, drapieżny motyw na pianinie, ostry riff gitarowy, dynamiczną perkusję oraz emocjonalny, mocny śpiew Ciechowskiego. Mimo tych wszystkich klasycznych dźwięków, utwór brzmiał nowocześnie, dzięki użyciu elektronicznych efektów, które uwspółcześniły tradycyjne, popowo-nowofalowe brzmienie zespołu. To był udany i właściwy przepis na połączenie tradycyjnej muzyki Republiki z nowymi trendami.  Użycie elektroniki nie było zresztą niczym nowym, bo już na "Nieustannym tangu" w tym kierunku podążała Republika a Ciechowski ćwiczył to również na płytach Obywatela G.C. Podobny do "Mamony" charakter ma otwierający album utwór tytułowy. "Masakra" to mocny, rockowy numer, w którym bardzo intensywne są dźwięki elektroniczne. Drugi na płycie to wspomniana "Mamona". Trzecim jest spokojniejsza, wyraźnie elektroniczna kompozycja pt. "Odchodząc", która okazała się kolejnym, sporym przebojem na liście Trójki (trzecie miejsce). Tutaj gitara Krzywańskiego nie brzmi tak hardrockowo jak np. w tytułowej "Masakrze", poza tym słychać też partie grane na gitarze akustycznej. Utworowi ton nadaje elektroniczny, nieco transowy bit perkusji i bardziej subtelny śpiew Ciechowskiego. W "13 cyfr" też dominuje elektronika, ale nagranie jest bardziej dynamiczne a śpiew Ciechowskiego ekspresyjny. "Przeczekajmy noc" jest spokojną balladą o tradycyjnej, rockowej konstrukcji, która z czasem nabiera mocy i ekspresji, ale w dalszym ciągu słychać w niej elektroniczną otoczkę. "Sado-maso piosenka" to agresywna, rockowa kompozycja z hardrockowymi riffami gitary, ale i chwilami wyciszenia, w których Ciechowski delikatnie nuci, by za chwilę wybuchnąć dynamicznym śpiewem. W "Raz na milion lat" dominuje mocno zakwaszona elektronika bardzo bliska triphopowej estetyce. Śpiew Ciechowskiego przez większość utworu jest spokojny, by nabrać mocy w refrenie, gdy wokalista śpiewa o wybuchu supernowej. Utwór osiągnął drugie miejsce na liście przebojów Trójki. "Gramy dalej" przypomina mi trochę czasy "Sam na linie", choć to tylko luźne skojarzenie. Utwór nawiązuje do popularności teleturniejów telewizyjnych, które opanowały Polskę w latach 90. i ma charakter prześmiewczo-parodystyczny. Również w warstwie muzycznej brzmi lekko, radośnie i odrobinę kabaretowo. "Strażnik snu" przenosi nas do muzyki bardziej na serio, brzmiąc jednak trochę jak kontynuacja twórczości Obywatela G.C. z okresu czwartej płyty, którą Ciechowski nagrał już po reaktywacji Republiki. "Koniec czasów" rozpoczyna się od intensywnych dźwięków elektronicznych i takie powracają w kompozycji do końca, choć sama struktura nagrania to rockowy numer utrzymany w średnim tempie. W warstwie lirycznej Ciechowski prawdopodobnie uległ teorii "końca historii" śpiewając: "Nie ma o czym pisaćSkończyło sięNie ma murów by walić w nieUpartym swym łbemNie ma murów by pisaćTrującą treśćNie ma o czym pisaćBo skończyły sięSkończyły się czasyW tobie też we mnieTeż w tobie też we mnie teżWe wszystkich" To że była to spora naiwność i żaden koniec historii wieszczony przez Fukuyamę nie nastąpił wiemy dzisiaj bardzo dobrze. Ale kompozycja dobrze podsumowuje ducha tamtych czasów, gdy Polska właśnie wstąpiła do NATO i wkrótce miała dołączyć do Unii Europejskiej a poza wojną w Jugosławii, którą postrzegano jak konwulsje starego porządku, wydawało się, że nowe czasy przyniosą powszechny pokój i dobrobyt. O święta naiwności... W ten sposób Republika zamyka bardzo udaną muzycznie "Masakrę". Niestety, jak się później okazało, album stał się jednocześnie łabędzim śpiewem zespołu, bo śmierć Ciechowskiego  zakończyła istnienie Republiki. "Masakra" mogła być świetnym otwarciem nowej drogi zespołu, ale okazała się raczej pożegnaniem ze sceną. Oczywiście wtedy nikt tego nie wiedział. Grupa jeszcze przez trzy lata grała koncerty a w 2001 roku rozpoczęła nagrywanie kolejnej płyty. Tej, niestety, nie udało się ukończyć.  Album "Masakra" można spokojnie zestawić obok "Nowych sytuacji" i "Nieustannego tanga". Płyta okazała się powrotem Republiki do formy i potwierdziła talent Ciechowskiego. Ten zmarły w 2001 roku wokalista, tekściarz, kompozytor i producent udowodnił, że nie tylko potrafił w nowych czasach wyposażyć muzycznie nowych artystów (Justyna Steczkowska) i zapewnić im sukces, ale także udało mu się przywrócić do życia markę, bez której prawdopodobnie nie byłoby kariery Ciechowskiego. [9/10] Andrzej Korasiewicz16.04.2026 r.

Więcej… Republika - Masakra...

Hidden By Ivy - Dead In Heaven

13 kwietnia 2026
880 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • dark wave
  • electro pop

Hidden By Ivy - Dead In Heavenr>2026 Hidden By Ivy 1. The Distance 3:062. Salome 3:493. Home Black 4:164. The Next Room  04:035. Broken Self 4:406. Dead in Heaven 4:017. Relief 5:188. Tell Me 4:279. The Calling 3:3810. No Way Out 2:48 Hidden By Ivy to rzeszowsko-białostocki duet Andrzeja "Andy" Turaja i Rafała Tomaszczuka. Obaj od wielu lat są aktywni w kręgu muzyki dark wave, synth pop i pokrewnej. Andrzej "Andy" Turaj zaczynał już pod koniec lat 90. gdy wydał wraz z God's Own Medicine album "Retro". Odbił się on wtedy szerokim echem wśród sympatyków mrocznej elektroniki, którzy kochali muzykę lat 80. Wydawało sie, że God's Own Medicine wraz z God's Bow i Fading Colours tworzą zalążek nowej sceny w Polsce, która będzie szybko rozwijać się. Ale tak się nie stało. Fading Colours przez wiele lat nie mógł wydać kolejnej płyty, bo tak ją cyzelował, że gdy w końcu ukazała się prawie nikogo już nie interesowała. God's Bow zaistniał na rynku niemieckim, ale z każdym kolejnym rokiem było o nich ciszej. God's Own Medicine stał się wkrótce jednoosobowym projektem Andrzeja Turaja, który wydawał pod tym szyldem kolejne płyty. Nie przebijały się jednak one do szerszego odbiorcy. W 2014 roku Andrzej Turaj nawiązał współpracę z Rafałem Tomaszczukiem, który był jej inicjatorem. Rafał Tomaszczuk pojawił się w pierwszej dekadzie XXI wieku wraz z projektem Agonised By Love, który wydał swój debiutancki album "All Of White Horizons" w belgijskiej wytwórni Alfa Matrix. Zapowiadał się kolejny mocny projekt z kręgu podobnego do God's Own Medicine czy God's Bow, ale wkrótce siła rażenia formacji osłabła. Nic dziwnego, że obaj panowie spróbowali połączyć siły. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo szybko znaleźli wspólny język i w 2015 roku ukazała się debiutancka płyta pt. "Acedia". Początki Hidden By Ivy zbiegły się w czasie z końcem działalności pierwszej odsłony serwisu Alternativepop.pl Jeszcze we wrześniu 2014 roku pisałem o płycie "Drachma" God's Own Medicine [czytaj recenzję >>] ale później funkcjonowanie Alternativepop.pl zawiesiłem i zająłem się sprawami prywatno-zawodowymi. W związku z tym nie śledziłem aktywności Hidden By Ivy. A była ona całkiem spora. Formacja wydała kolejne płyty: "Beyond" (2017), "Inner" (2019), "Absent" (2021), "The Disappeared" (2023). Ta ostatnia była pierwszą jaką wysłuchałem na bieżąco. Grupie udało się przez te lata zdobyć wierną gromadkę sympatyków a także przebić do radiowej Trójki. Nic dziwnego, bo Hidden By Ivy prezentuje muzykę na najwyższym poziomie w swoim gatunku. W tym roku grupa powraca z nową płytą pt. "Dead In Heaven". Od początku w Hidden By Ivy za wszystkie instrumentacje i kompozycje odpowiada Andrzej Turaj, który na płycie "Dead In Heaven" zajął się również miksem i produkcją. Rafał Tomaszczuk jest głównym głosem Hidden By Ivy i pisze teksty. Wpółpraca nie ogranicza się jednak do tego sztywnego podziału. Choć formacja pracuje głównie na odległość, to duet wzajemnie inspiruje się np. w kwestii aranżacji. W utworze "Broken Self" słyszymy również Martę Sobczyk z formacji World, Interrupted.  Album "Dead In Heaven" jest kontynuacją dotychczasowej drogi i wypadkową doświadczeń a także sympatii muzycznych obu panów. Nie znajdziemy na płycie żadnych zaskoczeń. Otrzymujemy dziesięć nagrań utrzymanych w klimacie bliskim muzyce Dead Can Dance, Clan of Xymox, Diorama czy Diary of Dreams. Słyszalnym komponentem jest też synth pop a także dalekie echa new romantic. Duetowi nie można zarzucić żadnego naśladownictwa konkretnej grupy. Wymienione wcześniej nazwy nie oznaczają, że muzyka Hidden By Ivy jest wprost do którejś podobna. To raczej jedynie drogowskaz stylistyczny dla kogoś, kto wcześniej nie spotkał się z formacją. Tęskny, romantyczny śpiew Tomaszczuka miesza się z pulsującymi synthami i dynamicznymi bitami tworzonymi przez Turaja. Tempo czasami jest szybsze (np. "Salome", "Home Black", "The Calling"), czasami średnie (np. "The Distance", "The Next Room") a czasami robi się bardziej romantycznie, dzięki użytymi tłom smyczkowym ("Broken Self", "Relief") i balladowo ("Dead in Heaven", "Tell Me"). Niezależnie od tempa w użyciu są cały czas tłuste synthy, które przypadną do gustu sympatykom syntezatorowych brzmień lat 80. Płytę zamyka najwolniejszy, najmniej rytmiczny, ale za to bardzo klimatyczny, romantyczny "No Way Out". "Dead In Heaven" to dobry album bez słabych punktów skierowany do fanów gatunku. Hidden By Ivy nie poszukuje eksperymentalnych dźwięków, ale raczej nastroju, dobrych melodii i wzruszeń. Nie gardzi też tanecznymi bitami i odwołaniami do syntezatorowej klasyki lat 80. Ci którzy szukają takich brzmień nie zawiodą się na "Dead In Heaven". [8/10] Andrzej Korasiewicz13.04.2026 r.

Więcej… Hidden By Ivy - Dead In Heaven...

Mesh - The Truth Doesn't Matter

5 kwietnia 2026
508 odsłon
Tagi:
  • synth pop
  • future pop
  • electro pop

Mesh - The Truth Doesn't Matter2026 Dependent 1. The Truth Doesn't Matter    5:282. A Storm Is Coming    4:593. I Lost A Friend Today    5:214. Polygraph    1:465. Trying To Save You    3:596. Bury Me Again 6:357. I Bleed Through You    5:088. Kill Us With Silence    4:149. 1031030    1:1710. This World    5:1311. Exile    4:3812. Everything As It Should Be    4:0913. Hey Stranger    4:0514. Cipher    2:0215. Not Everyone Is Lonely    5:0316. Be Kind    5:55 Mesh to brytyjska grupa, która największe sukcesy odniosła na alternatywnym rynku niemieckim i w Europie kontynentalnej, nie ciesząc się dużym zainteresowaniem w rodzimej Wielkiej Brytanii. Wiąże się to z tym, że gdy formacja rozpoczynała swoją karierę w latach 90. na Wyspach królował brit pop, z którym Mesh nie miał i nadal nie ma nic wspólnego. Synth pop grany przez Mesh był wtedy uważany za muzykę archaiczną i nie wzbudzał ciekawości nowej publiczności, która wolała śledzić rywalizację między Blur a Oasis. Poza tym nisza synth popu była już zagospodarowana przez Erasure, który cieszy się wśród Brytyjczyków niesłabnącym zainteresowaniem od lat 80. Mimo tych niesprzyjających okoliczności Mesh działa nieprzerwanie od ponad trzydziestu lat zdobywając uznanie wśród europejskiej publiczności, "przyklejony" trochę do niemieckiej sceny "dark independent". Z muzyką Mesh mam tak, że poza kilkoma hiciorami z dawniejszych czasów (np. "You Didn't Want Me", "Trust You"), gdy włączę dowolną płytę grupy i słucham jej w tle, to wydaje mi się ona schematyczna i monotonna. To zapewne obrazoburcze stwierdzenie dla wielu fanów Mesh, którzy rekrutują się głównie spośród "depeszów" a ci w większości, jak wiadomo, są bardzo zasadniczy w bronieniu swoich idoli. Mimo wszystko, gdy wysłucham płyt Mesh w większym skupieniu, to okazuje się, że spod tego wydawałoby się monotonnego, melancholijnego, czasami przesłodzonego a przy tym energetycznego synth popu opartego o wyraźny bit, wyłaniają się różne barwy. Jakość płyt też jest odmienna a ich stylistyka na przestrzeni lat zmieniała się. Grupa zaczynała w latach 90. wyraźnie nawiązując do brzmień lat 80. ze szczególnym uwzględnieniem Depeche Mode. Z czasem, pod wpływem EBM, muzyka stawała się bardziej bitowa, chwilami upodabniając się do wykonawców, do których przypinano na przełomie wieków łatkę "future pop". W muzyce Mesh można też usłyszeć elementy bardziej rockowe. Całość zawsze spinał charakterystyczny wokal Marka Hockingsa, z jednej strony bardzo energetyczny, a z drugiej pobrzmiewający melancholią i romantyzmem. Wszystkie te elementy można odnaleźć również w najnowszej produkcji Mesh pt. "The Truth Doesn't Matter", która ukazała się po dziesięciu latach przerwy.  Płyta nie rzuca na kolana po pierwszym przesłuchaniu, ale gdy zagłębimy się w nią, otrzymamy wszystko to, co najlepsze w muzyce Mesh. Od futurepopowego "Exile" (pierwszy singiel), przez piękną, romantyczną, wręcz monumentalną balladę "This World" (najnowszy, trzeci singiel), świetny romantyczny "I Lost A Friend Today", po dynamiczny, apokaliptyczny "A Storm Is Coming". Mamy też singiel "Hey Stranger", który jako drugi zapowiadał nowy album. To piękna, podniosła, romantyczna ballada, w której słyszymy "wirujące" partie syntezatorowe, sample smyczków i sentymentalny śpiew Hockingsa. Mamy chwytliwy, dynamiczny "Trying To Save You", który typuję na następny singiel. Niewiele mu ustępuje "I Bleed Through You". Na płycie są też instrumentalne przerywniki. Podoba mi się "kraftwerkowy", robotyczny "1031030". Jest też posępny "Cipher", który po chwili zostaje przełamany romantycznymi klawiszami "Not Everyone Is Lonely". Na koniec otrzymujemy   wezwanie Mesh pt. "Be Kind", w którym grupa zachęca, by być dla siebie miłym niezależnie od różnic, które są między ludźmi. Utwór to klasyczny, "meshowy" synth pop utrzymany w średnim tempie.  Wokół tych emocji zbudowany jest cały album, który trwa prawie siedemdziesiąt minut. Możliwe, że gdyby skrócić go trochę zyskałby na przejrzystości, ale zapewne Mesh chciał po dziesięciu latach przerwy wynagrodzić fanom oczekiwanie na nowe wydawnictwo. Weny grupie nie zabrakło, bo utwory, które znalazły się na płycie to nie wszystko, co Mesh nagrał. Na poprzedzającym wydanie płyty singlach można znaleźć nagrania, które nie odbiegają jakością od tych, które znalazły się na "The Truth Doesn't Matter". "Tilt", który znalazł się na singlu "Hey Stranger", mógłby wręcz zastąpić niektóre z wydanej płyty. Mimo wszystko trzeba stwierdzić, że Mesh nagrał płytę, która powinna zadowolić fanów grupy. Wątpię, żeby przemówiła do tych, którzy wcześniej formacji nie znali i nieszczególnie lubią synth pop. Ale dla sympatyków Mesh i ogólnie synth popu, to jedna z ważniejszych tegorocznych płyt. Muzyka na "The Truth Doesn't Matter" nie powala, ale i nie rozczarowuje. [7.5/10] Andrzej Korasiewicz05.04.2026 r.

Więcej… Mesh - The Truth Doesn't Matter...

Jarboe - Sightings

3 kwietnia 2026
317 odsłon
Tagi:
  • experimental
  • ambient
  • alternative rock

Jarboe - Sightings2026 The Living Jarboe 1. The Holy Waters 5:032. Francesca Sun 3:263. Choir and Night Fox 8:174. Breathe 8:595. Vireo Serenade 7:246. The Holy Waters Sangha 6:447. Of Ancient Memory Oblivion 7:56 Czasami trzeba odpocząć od rytmu i bitów. Tym razem tę chwilę oddechu zapewniła mi Jarboe wraz ze swoją nową propozycją pt. "Sightings", która właśnie ukazała się. Jarboe cały czas najbardziej kojarzona jest z projektem Swans. A przecież zaczęła nagrywać solowe płyty jeszcze, gdy współpracowała z Michaelem Girą. Od początku lat 90. wydała ponad dwadzieścia płyt solo i we współpracy z innymi wykonawcami. Nie śledziłem dobrze rozwoju kariery Jarboe, najlepiej pamiętam jej początki. Ciekawiło mnie wtedy co Jarboe ma do zaproponowania i jak to ma się do Swans, którego cały czas była częścią. Później sięgałem jeszcze z rzadka po jej nowe płyty, ale najwyraźniej nie trafiały u mnie we właściwy moment. Wydawały mi się albo zbyt posępne, albo zwyczajnie nie uległem ich urokowi. Dlatego w tekście nie będzie ani słowa o tym jak oceniam nową płytę na tle innych wydawnictw artystki. Podzielę się za to wrażeniami, których doświadczyłem po wysłuchaniu nowego albumu Jarboe. "Sightings", choć zaczyna się mrocznie i psychodelicznie, to płyta nie ściąga w dół. Szybko okazuje się, że słuchacz zostaje wprowadzony w swoisty trans, w którym odnajdujemy się razem z duchowością Jarboe przenikającą całą płytę. Jest w tym odczuciu transowości coś podobnego do twórczości Michaela Giry. Narastające, emocjonalne, długotrwałe dźwięki, które budują atmosferę, czasami zmierzając do kulminacji, a czasami urywając się niespodziewanie i pozostawiając dojmującą ciszę.  Albumu słucham w czasie chrześcijańskiego Wielkiego Tygodnia, który zachęca do zadumy oraz wyciszenia, ale finalnie do przesilenia, które niesie optymizm i nadzieję. Częściowo wpisuje się w to przesłanie muzyki, którą odkryłem na "Sightings", choć przecież duchowość bliska Jarboe to raczej buddyzm a nie chrześcijaństwo. Mimo to mroczne, niepokojące pomruki, które znajdujemy w pierwszych kompozycjach na płycie i których finałem jest trzeci utwór, ponad ośmiominutowy "Choir and Night Fox" ze złowieszczymi odgłosami zwierząt, uspokajają się już w środkowym, czwartym, niemal eterycznym "Breathe". Przynosi on zadumę i wyciszenie. Z kolejnej kompozycji "Vireo Serenade" tchnie już niemal optymizm, który wyraża się w umieszczeniu intensywnych sampli z radosnym śpiewem ptaków, delikatnymi partiami fortepianowymi oraz eterycznymi wokalizami Jarboe w tle. Artystka ukazuje w ten sposób piękno przyrody, które jest główną osnową albumu. W szóstym utworze na płycie pt. "The Holy Waters Sangha" pojawia się nienachalny rytm wybijany na bębenkach (Thor Harris), ale główną osią nagrania jest przeciągły, dronowy dźwięk, który obudowany zostaje partiami smyczkowymi. W finalnym "Of Ancient Memory Oblivion" powraca śpiew Jarboe, ale jest łagodniejszy niż na początku płyty. To utwór, który jest swoistym auto-coverem nagrania "Of Ancient Memory (The Oblivion Seekers)" z debiutanckiej płyty "Thirteen Masks". Kompozycja łączy w sobie niepokój zbudowany na początku wydawnictwa ze spokojem i wyciszeniem, które wprowadziło nagranie "Breathe". Choć "Of Ancient Memory Oblivion" przynosi w finale pewną dozę niepewności i nieuporządkowania, to trudno przejść obojętnie wobec stworzonego przez Jarboe na "Sightings" swoistego misterium. Nowa propozycja Jarboe, to bardzo emocjonalny album, który przekonywająco buduje nastrój od pierwszych do ostatnich dźwięków. Mimo, że płyta trwa prawie pięćdziesiąt minut, to nawet na słuchaczu takim jak ja, który rzadko sięga po muzykę ambientalną, bezrytmiczną, opartą o dronowe tła, "Sightings" zrobiło duże wrażenie. Na tyle duże, że już teraz album stał się dla mnie jednym z ważniejszych w tym roku, do którego z pewnością będę wracać. [9/10] Andrzej Korasiewicz03.04.2026 r.

Więcej… Jarboe - Sightings...

Kirlian Camera - Hologram Moon

1 kwietnia 2026
239 odsłon
Tagi:
  • dark wave
  • future pop
  • electro pop

Kirlian Camera - Hologram Moon2018 Dependent Records 1. Holograms     5:332. Sky Collapse    5:353. Lost Islands    3:584. Polar-Ihs    5:205. Helium 3    1:386. Kryostar    5:507. I Don't Sing    5:178. The Storm    4:469. Eyes Of The Moon    4:5310.  Equation Echo 01    2:1811. Haunted River    4:3412. Traveler's Testament 4:07 W październiku 2017 roku ukazał się singiel „Sky Collapse” promujący nową płytę zespołu Kirlian Camera zatytułowaną „Hologram Moon”. Muzyka zawarta na nim dawała do zrozumienia, że będzie ona znacznie się różniła od tego, co można było usłyszeć prawie pięć lat wcześniej na płycie „Black Summer Choirs”.  W 2017 roku zespół zmienił także wytwórnię przechodząc do Dependent Records. Nie zrezygnował jednak ze współpracy z Johnem Fryerem, producentem muzycznym i inżynierem dźwięku. Do współpracy zaproszono także Eskila Simonssona z zespołu Covenant i Falka Pitschka z grupy Plastic Autumn. Muzykę skomponowano w Parmie, Piombino, Los Angeles, Magdeburgu i San Francisco. Ideą przewodnią płyty było twierdzenie byłej astrofizyczki Giuliany Conforto, że Księżyc jest hologramem, odbiciem małego sztucznego satelity, co mogą dostrzec osoby o „rozszerzonej percepcji”. Jako ciekawostkę można dodać, że kilka miesięcy wcześniej Noel Gallagher wydał płytę „Who Built the Moon?”, z tytułową piosenką także zainspirowaną spiskową teorią dotyczącą Księżyca. Nie wiem czy członkowie zespołu Kirlian Camera wierzą w tę teorię na poważnie, ale na pewno poważnie potraktowali pracę nad nową płytą, która ukazała się 26 stycznia 2018 r. Dźwięki przypominające uruchamianie gigantycznej maszynerii połączone z monotonnie odczytywanymi przez vocoder komunikatami rozpoczynają utwór „Holograms” . W wolnym tempie, z czysto elektronicznym podkładem i rozmachem godnym Jarre’a płynie wpadająca w ucho łagodna melodia. W porównaniu z poprzednimi dwiema płytami Elena Alice Fossi porzuca tutaj rockowy sposób śpiewania na rzecz popowego, a w tekstach zauważyć można mniej gniewu i apokaliptycznych wizji, chociaż do „krainy łagodności” trochę jeszcze brakuje. Drugi utwór na płycie to singlowy „Sky Collapse”. Poprzedza go fragment ostatniego przemówienia przywódcy sekty Jima Jonesa z 18 listopada 1978 r. wygłoszonego w Jonestown w Guyanie, po którym nastąpiło największe współczesne masowe samobójstwo lub raczej morderstwo, ale kiedy wchodzi muzyka robi się bardzo radośnie. „Sky Collapse” ma według Bergaminiego wyrażać uczucie, kiedy to po tytułowym zawaleniu się nieba, pojawia się promyk nadziei i chęć tańca na ruinach. Piosenka śpiewana w duecie Elena Alice Fossi i Eskil Simonsson zagościła na dłużej na alternatywnych niemieckich listach przebojów.  Trzeci utwór „Lost Islands” zagrany w wolniejszym tempie to jest dokładnie taka piosenka, jaką chciałbym usłyszeć latem podczas wieczornego spaceru nadmorską promenadą. Dziwię się wręcz, że nie wykorzystano jej jako wakacyjnego hitu. Czwarta piosenka „Polar IHS” to kompozycja autorstwa Simonssona z tekstem Bergaminiego. Melancholijna, fortepianowa melodia w kontraście z nieco chropowatą linią elektronicznego basu i ezoteryczny tekst podtrzymują klimat muzyki. Następnie mamy chwilę oddechu przy instrumentalnym „Helium 3” (chodzi o izotop helu obecny w sporej ilości na Księżycu) i piąty utwór „Kryostar” znów wzywa nas do „kosmicznego” tańca. Szybkie tempo, mocny beat i hipnotyzujący motyw melodyczny powinny ucieszyć bywalców dyskotek oraz miłośników muzyki klubowej. Przesłanie tekstu wiąże się, najkrócej ujmując, z tym, co w PRL wyrażano hasłem „telewizja kłamie”. Siódmy utwór „I Don't Sing”, zaśpiewany przez Angelo Bergaminiego, wydaje się odstawać od całości. W rzeczywistości jest przesłaniem do krytyków i dowcipnym pożegnaniem założyciela zespołu z rolą wokalisty (na koniec śpiewający ptaszek i dźwięk strzału). Ósmy utwór „The Storm” to elektroniczna ballada w stylistyce darkwave z tekstem odwołującym się do wspomnień z dzieciństwa i poszukiwania bezpieczeństwa w ojcowskim domu. Kolejny „Eyes Of The Moon” to zgrabna, popowa piosenka skomponowana przez Falka Pitschka wpisująca się w księżycową tematykę płyty. „Equation Echo 01” zamiast klasycznej melodii przynosi syntetyczne dźwięki, modulacje i subtelne rytmiczne impulsy tworzące wrażenie odbicia matematycznej struktury. Jedenasty utwór „Haunted River” to ostatni na płycie bardziej rytmiczny utwór i jeden z najlepszych, ze zwrotkami śpiewanymi przy wibrujących, ostrych dźwiękach i refrenem na tle chóralnych brzmień. Płytę zamyka „Traveler's Testament”, fortepianowa ballada, śpiewana półgłosem przez Elenę Alice Fossi z towarzyszeniem żywego chóru. Po niespełna trzech minutach piosenka jednak wycisza się i słyszymy groźnie brzmiące dźwięki, pozostawiające słuchacza w niepewności jak cała historia się skończyła. Istnieje także dwupłytowe wydanie „Hologram Moon”. Na drugim krążku znajdziemy: cover piosenki „Too Many Friends” zespołu Placebo, „La Caduta Del Cielo”, czyli włoskojęzyczną wersję „Sky Collapse – Italian”, taneczną wersję utworu „Holograms” (Radio Version), instrumentalne „Equation Echo”, nową wersję własnej piosenki „Absentee” z 2001, a także utwory „Turin Obscurity Diary”, „Coming Back Home”, „Moonlight Sonata For Holograms” i „Der Mond Über Mosul”. Ten ostatni wykorzystywany było jako intro podczas trasy koncertowej.  Najbardziej electropopowa płyta w dorobku Kirlian Camera jest też jedną z moich ulubionych. Na pewno jednak nie uważają tak wszyscy fani zespołu. Niektórzy uznali ją za szczególnie dalekie odejście od muzyki takiej, jaka uwiodła ich na płytach typu „Solaris. Last coridor” (1995) i „Pictures From Eternity” (1996). W odróżnieniu od zespołu Covenant Eskila Simonssona ewolucja Kirlian Camera nie przebiegała liniowo (w przypadku Szwedów od industrialu i EBM do futurepopu). Kirlian Camera ewoluowali wielokierunkowo, przechodząc przez kilka odmiennych estetyk nie zatrzymywali się gdzieś na stałe. Na „Hologram Moon” poszli najdalej w kierunku electro czy futurepopu, ale nie porzucili do końca darkwave. Zaproszenie Simonssona uzasadniali tym, że Kirlian Camera i Covenant należą razem do „zimnego, romantycznego/dramatycznego świata elektro”. Współpraca przyniosła znakomity efekt, nad osiągnięciem którego czuwał John Fryer.  Najpierw porwała mnie pierwsza połowa „Hologram Moon”. Potem doceniłem drugą, tę bardziej wyciszoną, introspektywną. Pomimo, że Kirlian Camera wielokrotnie wskazywali na swoją fascynację muzyką i kulturą krajów niemieckojęzycznych, w których cieszą się nieporównywalnie większą popularnością niż w swojej ojczyźnie to uważam, że w melodiach zawartych na płycie słychać włoską śpiewność a zarazem estetyczną bezkompromisowość. Moja ocena [9/10].  Krzysztof Moskal01.04.2026 r.

Więcej… Kirlian Camera - Hologram Moon...
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
50
51
52
53
54
55
56
57
58
Image


kontakt@alternativepop.pl

  • Facebook
  • YouTube
  • Instagram
  • MIX
Patronite
|
Buy Coffee
Głosuj na listę przebojów Alternativepop.pl
Informacje
Recenzje
Relacje
Artykuły
Rankingi
Podsumowania
O Alternativepop.pl
Kontakt
  • Strona główna
  • Newsy
  • Recenzje
  • Relacje
  • Artykuły
  • Rankingi
  • Podsumowania
  • O stronie
  • Kontakt
  • Lista przebojów Alternativepop.pl