Duran Duran, 24.06.2026 r., Praga, O2 Arena

Duran Duran, 24.06.2026 r., Praga, O2 Arena

Laibach, 30.05.2026 r., Warszawa, Progresja
Nie jestem zwolennikiem twórczości parodystycznej w rodzaju Weirda Ala Yankovica czy polskiej formacji Kury a jednak jestem z Laibachem od czterdziestu lat w ciągłej relacji słuchacz - wykonawca. Laibach to coś więcej niż twórczość parodystyczna. Słoweńska formacja, wywodząc się ze sceny industrialnej, posługuje się metodami z niej wyniesionymi, takimi jak taktyka szoku czy transgresja. Nie używa ich jednak jednostronnie obnażając jedynie "konserwatywne" aspekty życia kulturowego i społecznego. Laibach pozostaje bezkompromisowy ukazując wszystkie normy i zwyczaje, które robią się zbyt ciasne i uciążliwe. Nie daje przy tym żadnych recept i rozwiązań, ale zwyczajnie wyciąga je na światło dzienne dając słuchaczowi szansę zobaczenia ich w nowym świetle. Na najnowszej płycie "Musick" [czytaj recenzję >>] Laibach zajął się nadmiarem i przesytem muzyki pop jako takiej, w szczególności tej, którą możemy zakwalifikować jako "euro disco". Dopiero jednak zaprezentowanie tego repertuaru na żywo daje lepszy obraz wieloznaczności tej propozycji. Jednym z przystanków na trasie przedstawiającej "Musick" była Polska.
Już powitanie zgromadzonej publiczności można uznać za delikatnie dwuznaczne. Głos Frasa recytował: "Welcome", "Ladies, Gentlemen and Others". Z jednej strony to "Others" wywołało pewną pozytywną reakcję zgromadzonych przed sceną, wytrenowanych przez dzisiejszą popkulturę, żeby szanować każdego, niezależnie od tego za kogo się podaje. Jednak ton jakim Fras to oznajmił nie wzbudzał entuzjazmu, bo nigdy tego nie robi. W efekcie odbiór tego powitania mógł spowodować odczucie ambiwalencji co do jego intencji.
Występ Słoweńców w warszawskiej "Progresji" to nie był zwykły koncert, ale prawdziwy spektakl multimedialny. Jak twierdzi Laibach ich show to połączenie z inną rzeczywistością. Jednocześnie panowie ostrzegają: "Jeśli poczujesz się niekomfortowo, to ok. My jesteśmy LAIBACH." Mało jednak osób mogło poczuć się niekomfortowo z powodu muzyki, która w całości była skupiona na prezentacji najnowszej płyty. Ci którzy pojawili się przed sceną "Progresji" musieli przecież być na to przygotowani. Jeśli kogoś wystraszyły taneczne bity najnowszych anty-hitów Słoweńców takich jak "Allgorythm" z pewnością darował sobie przyjście do "Progresji".
Całość koncertu zbudowana była właśnie wokół najnowszej propozycji formacji pt. "Musick". Jedyne odwołania do przeszłości Słoweńców, to moment po nagraniu "Keep it Reel", kiedy Laibach wyświetlał swoje osiągnięcia z okresu "Opus Dei" a muzyka delikatnie nawiązywała do najbardziej charakterystycznych motywów z tamtych czasów. Z kolei w "Laibach Medley" mieliśmy do czynienia z instrumentalną wizytówka zespołu, w której formacja zaprezentowała swoje marszowe, technoidalne beaty dając poczucie satysfakcji słuchaczom spragnionym "klasycznego" Laibach. Poza tymi momentami mieliśmy do czynienia ze spektaklem prezentującym muzykę z albumu "Musick".
Na scenie, obok wokalisty Milana Frasa, który wystąpił w tradycyjnym laibachowym "umundurowaniu", zobaczyliśmy dwie tancerki, które zapewniały przez cały czas odpowiednią choreografię. Przez chwilę panie przejęły nawet scenę przygotowując publiczność do właściwego odbioru nagrania "Allgorhythm". Panie wystąpiły w roli trenerek, które dyrygowały publicznością, by wykonywała właściwe ćwiczenia, które miały złożyć się w odpowiedni układ taneczny. Gdy uznały, że publiczność jest już gotowa, można było przejść do sekcji tanecznej i rozpocząć zabawę przy "All-Go-Rhythm".
W utworze "Love Machine" Słoweńcy odwoływali się do Kraftwerk. "Love on the Beat" to cover utworu francuskiego barda Serge Gainsbourg zaprezentowany w typowej dla Laibach odmiennej, brutalistycznej konwencji. Była też "Bossanova" z poprzedniej płyty "Spectre". A na bis popowa, amerykańska ballada "Make Your Own Kind of Music" z lat 60. zmiażdżona gardłowym, charakterystycznym głosem Frasa.
Laibach nie bał się również dekonstruować współczesnych akcji społeczno-politycznych, takich jak ruch "Me too", twórczo rozszerzając go na "You Too" i pytając się w końcu: "What about us?". Milan Fras śpiewał też w jednym z utworów: "Uwolnij swój umysł". Uwolnij swój umysł od istniejących schematów, ale miej świadomość, że jak już to zrobisz to i tak wpadniesz w nowy schemat. Taka jest natura ludzka. Masz dosyć schematu muzyki pop? Wpadniesz w schemat "antymuzyki", która sprzeciwia się melodiom, zabawie i lekkości. Staniesz się więźniem eksperymentów i transgresji, nie dostrzegając przy tym, że jesteś tak samo zamknięty jak wcześniej, tylko teraz znajdujesz się po drugiej stronie lustra.
Show Słoweńców był pełen wieloznaczności i mniej lub bardziej ukrytych aluzji, które czasami trudno było nawet ogarnąć. A nawet jeśli to się udało, to nie zawsze zachowały się w pamięci. Koncert był intensywny i pełen wielu wątków. Na pewno nikt kto przybył do warszawskiej "Progresji" nie czuł znużenia. Zabawa konwencjami była przednia.
Dodatkowego smaczku dodaje to, że obok, w tym samym czasie, na letniej scenie Progresji wystąpiła gwiazda lat 90. - amerykański indie rockowy "Garbage". Choć muzyka odmienna, to część osób słuchających Laibach i Garbage to zbiór wspólny. Na pewno więcej widzów i słuchaczy było na Garbage. Choć sala Progresji nie była zapełniona z powodu występu Laibacha, to jednak nie świeciła pustkami. Mimo że nawet przez chwilę nie przyszło mi do głowy, by wybrać się na koncert Garbage, to po występie Laibach jedynie upewniłem się, że gdybym stanął przed takim wyborem nie miałbym problemu z tym, na którym występie znaleźć się. I nie byłby to zespół Shirley Manson :).
Andrzej Korasiewicz31.05.2026 r.
Lista utworów:
1. Intro Music Jam2. Musick3. Musick Pt24. Fluid Emancipation5. Love Machine6. Love on the Beat (Serge Gainsbourg cover)7. Resistencia8. Keep it Reel9. #Us10. Allgorhythm11. Laibach Medley12. Luigi Mangione13. Modern Talking14. Bossanova15. Yes Maybe No16. Singularity17. Das göttliche Kind
bis:
18. Make Your Own Kind of Music (The Will-O-Bees cover)19. Faith no MoreMusick remix
Pet Shop Boys, 06.04.2026 r., Londyn, Electric Ballroom
Tomasz Beksiński twierdził, że marzenie spełnione to marzenie stracone. Obawiał się, że osiągnięcie celu zabije radość z dążenia do niego; że lepiej jest żyć marzeniami, niż ich brakiem. I chociaż doceniam poetykę tych stwierdzeń, to kompletnie się z nimi nie zgadzam. Marzenie spełnione to bateria energii dająca potężny mentalny kopniak, po którym nosimy w sobie poczucie spełnienia i szczęśliwości przez długi czas. Szczególnie gdy należy ono do marzeń ‘niemożliwych’, o które nawet w śmiałych snach nie prosiliśmy, a które jednak się spełniło.
Szóstego kwietnia udałem się do Londynu na koncert Pet Shop Boys. Nie był to jednak ‘zwyczajny’ występ w ramach trasy ‘Dreamworld’, lecz pierwszy z pięciu występów z cyklu ‘Obscure’. Zgodnie z zapowiedzią, program miały wypełniać wyłącznie mało znane numery zespołu: piosenki albumowe, strony B singli, rzeczy ukryte, a mimo to kochane przez ultra-fanów. I to właśnie oni wykupili wszystkie bilety, mimo iż cena przekraczała 100 funtów (połowa środków została przekazana organizacji charytatywnej War Child, wspieraną przez wielu artystów).
W moich zachowawczych marzeniach nigdy nie przypuszczałbym, że do takich koncertów może w ogóle dojść. PSB mają głęboki katalog, a ich płyty są warte poznawania w całości. Synth-pop lat 80. nie słynął z wielkich albumów; ‘ejtisy’ to porywające przeboje i nieśmiertelne MTV – na albumy nikt nie miał czasu. Takie zespoły jak Eurythmics, Duran Duran czy nawet New Order mają w dorobku ponadczasowe hity – ale słabe longplaye. Po drugiej stronie są tacy jak OMD, Tears For Fears, czy właśnie Pet Shop Boys, gdzie pod powierzchnią ukryte są same skarby.
I po te skarby ściągnęli tu fani z całego świata, czekając na wejście do klubu od bladego świtu. To wieczór, którego wypatrywali całe życie, a który nie sądzili, że może kiedykolwiek nastąpić. Tymczasem zespół ogłosił, że przećwiczył trzydzieści pięć piosenek, z których wiele nigdy wcześniej nie było wykonywanych na żywo; zatem, nie wszystkie numery powtórzą się każdego wieczoru. Dla zabawy wytypowałem dwanaście ‘prawdopodobnych’ numerów, które chciałem usłyszeć. Trafiłem sześć. Okazało się, że zespół popuścił wodze fantazji bardziej, niż ich długoletni fan z Warszawy.
To surrealistyczne, gdy najsłynniejszy duet w historii muzyki pop występuje w klubie na 1,5 tys. osób. Mało tego, repertuar nie zawiera hitów, lecz takie ‘klasyki’ jak „Jack the Lad” czy „Young Offender”. Znacie te kawałki? Tylko jeśli jesteście znawcami ich twórczości. Wyobraźcie sobie co by było, gdyby podobny koncert urządzili Depeche Mode albo The Cure, których katalogi są równie bogate, a którzy działają pod ogromną presją grania hitów. A jednak pokusili się o to właśnie Neil Tennant i Chris Lowe, a euforia jaką wywołali towarzyszy mi w uszach do dziś.
Przepisem na udany koncert jest wzajemny układ dwóch sił – jakości wykonania i entuzjazmu publiczności. A ta wyśpiewała razem z Tennantem wszystkie numery. On sam musiał wspomagać się kartkami, co tylko wzmacniało wyrazistość koncertu. To była jedna z najmocniejszych stron tego wieczoru – PSB nie byli gwiazdami popu, nie było tancerzy, bogatej scenografii, ani wielokrotnych zmian kostiumów. Tennant wystąpił w szarym pulowerze i luźnej marynarce, a Lowe w swoim tradycyjnym dresie. To było spotkanie z muzykami, nie celebrytami.
Mimo to, fani celebrowali każdą chwilę, dźwięk i słowo. To kolejny element surrealizmu tej sytuacji, gdy największymi ‘bangerami’ wieczoru są „Two Divided by Zero”, „One in a Million” czy „Why Don't We Live Together?”. A obok nich ballady – ukochane przez fanów: „Hit and Miss”, „Do I Have To?”, no i „King’s Cross”, na które niżej podpisany czekał najbardziej. W trakcie koncertu przypominały mi się kolejne potencjalne numery, jakie z powodzeniem odnalazłyby się w secie. Pytanie tylko, czy Tennant i Lowe o nich pamiętają, a jeśli tak, czy odważą się je wyciągnąć?
Okazało się, że nie doceniłem poświęcenia, z jakim Chłopaki przestudiowali swój katalog. O ile „The Theatre” czy „King’s Cross” były pewniakami w secie, to co można powiedzieć o takich minerałach ziem rzadkich jak „Always” (nie mylić z „Always on my Mind”), czy cudowne „King of Rome”? A potem PSB zeszli jeszcze głębiej, prezentując nikomu nie znane „A Dream of a Better Tomorrow”, a także ‘numery z szuflady’ – „New Boy” (nie mylić z „New London Boy”), oraz „The Performance of My Life”. Tylko najwyższej rangi Petheads mogą w pełni docenić takie delikatesy.
Poczucie bycia w tłumie ludzi ogarniętych tą samą pasją to bezcenne doznanie i momenty wzruszenia. Gdy zagrali „Jack the Lad” wiedziałem już, że sięgamy do najgłębszych snów. Przy „King’s Cross” oczy same się zaszkliły. Ale gdy na scenie pojawiła się jako gość specjalny Sylvia Mason-James, dawna chórzystka zespołu, wieczór stał się wyjątkowy. Jej głos ma porywającą moc, co usłyszeliśmy choćby w „The Theatre”. A gdy wtrącili fragment hymnu muzyki eurodance „Mr. Vain”, jak podczas trasy Discovery w 1994 roku, euforia tłumu i moja była już kompletna.
Z dwudziestu trzech zaprezentowanych numerów aż dziesięć było wykonanych po raz pierwszy. Tennant wciąż potrafi sięgnąć wysokich tonów z jakich słynął całe życie, a lekkość wykonania mogłaby sugerować, że zespół ma te numery opanowane i umieszczone rutynowo w secie. Tennant sprawiał wrażenie, jakby ‘przepytywał’ publiczność ze znajomości ich katalogu, a która zdała ten test śpiewająco, całkiem dosłownie. Nawet zwyczajowo stoicki Lowe uśmiechał się pod nosem, gdyż wyszukany repertuar to jedno, ale entuzjazm widowni to żywioł, nad którym mało kto ma pełną kontrolę. Dawno nie przeżyłem tak wyjątkowego koncertu. Fanem PSB jestem od kiedy Wifon wydał „Actually” w latach 80., ale ich ostatnie trzy albumy zwyczajnie nie zachwycają. Wystarczyło jednak sięgnąć do głębokich kieszeni ich katalogu i wyciągnąć na powierzchnię skarby, abym od razu przypomniał sobie na czym polega magia. Ich muzyka jest w mojej głowie nierozerwalnie związana z latami dzieciństwa i niewinności, ale także czasem dorastania i odkrywania świata już w konkretnym wieku. To także brzmienie całego Londynu, nie tylko stacji King’s Cross.
Tekst: Jakub OślakFoto: Justyna Oślak (więcej zdjęć: https://www.instagram.com/justkowa/p/DW2C507DDOo )09.04.2026 r.
Setlista:
intro Music for Boys1. Will‐o‐the‐wisp (Live debut)2. Two Divided by Zero (First time since 2012)3. Jack the Lad (Live debut)4. To Face the Truth (First time since 1994)5. After the Event (Live debut)6. Hit and Miss (Live debut)7. Always (Live debut)8. Do I Have To? (First time since 2012)9. Sexy Northerner (First time since 2004)10. Young Offender (First time since 2000)11. Happiness Is an Option (with Sylvia Mason‐James) (First time since 2000)12. The Theatre (with Sylvia Mason‐James) (First time since 1997)13. One in a Million / Mr. Vain (with Sylvia Mason‐James) (First time since 1994)14. New Boy (Live debut)15. King of Rome (Live debut)16. King's Cross (First time since 2012)17. Love Is the Law (Live debut)18. Why Don't We Live Together? (First time since 2012)19. The Performance of My Life (Live debut)
bisy:20. Your Funny Uncle (Acoustic; Neil solo on piano; first time since 1991)21. The Way It Used to Be (First time since 2010)22. Later Tonight (First time since 2017)23. A Dream of a Better Tomorrow (Live debut, unreleased track from their musical "Naked")
Lionel Richie, Say Hello To The Hits Tour, 05.07.2025 r., Łódź, Atlas Arena

Alphaville, Hala Urania, Olsztyn, 29.03.2025 r.
Z okazji obchodów czterdziestolecia istnienia Alphaville, zespół wyruszył w trasę koncertową, a jednym z jej przystanków był występ w olsztyńskiej hali Urania. Koncert rozpoczął się kilka minut po godzinie 20. i trwał około dwóch godzin. Zanim o muzyce, najpierw kilka słów o miejscu, w którym koncert się odbył. Hala Urania jest nowoczesnym obiektem sportowym oddanym do użytku zaledwie dwa lata temu, dzięki czemu może pochwalić się wysoką estetyką, świetną logistyką i moim zdaniem dużym komfortem użytkowania. W porównaniu z większymi halami, takimi jak: Atlas Arena, Ergo Arena czy Tauron Arena, jest jednak miejscem bardziej kameralnym. Świetnie nadaje się więc na organizację koncertów wykonawców nie gromadzących kilkunastotysięcznej publiczności, takich jak np. Alphaville.
W Alphaville nieprzerwanie od 1982 roku śpiewa Marian Gold. Pozostali członkowie formacji dołączyli do niej na różnym etapie istnienia grupy. Klawiszowiec Carsten Brocker to wulkan energii, basistka Alexandra Merl, gitarzysta David Goodes i perkusista Jakob Kiersch świetnie uzupełniają zespół. Koncertowy skład tworzą również dwie panie w chórkach. Z uwagi na okoliczności trasy koncertowej zespół przeprowadził nas przez całą swoją muzyczną historię. Przyznaję, że na to właśnie liczyłem, ze szczególnym uwzględnieniem największych przebojów, jednak kapela sięgnęła także po utwory mniej znane, również te z ostatnich płyt.
Po dość monotonnym i moim zdaniem mało efektownym intro, będącym jednocześnie początkiem utworu "Golden Feeling", rozpoczął się wyczekiwany przez wszystkich występ. Pierwsze wrażenia - wokalista Marian Gold jest w świetnej formie i super kondycji fizycznej, do końca praktycznie „dawał radę”, mimo że kilka razy widać było u niego zadyszkę. Potem już słuchaliśmy koncertowych aranżacji kolejnych utworów. Szał na widowni rozpoczął się wraz z zaprezentowaniem "Dance With Me", a zaraz po nim "Big in Japan" ze świetną japońską wizualizacją. Należy zwrócić uwagę na doskonały kontakt wokalisty z publiką. Przed niektórymi utworami usłyszeliśmy krótką historię lub anegdotę z nim związaną. Przykładowo, przed utworem "Red Rose" dowiedzieliśmy się, że podczas nagrywania tej piosenki córka Mariana stwierdziła, że jak dorośnie, to bardzo chce zaśpiewać wspólnie z nim tę piosenkę. Nikt, kto nie znał scenariusza koncertu, nie domyślał się, że za chwilę marzenia z dzieciństwa ziszczą się na naszych oczach. Frontman zaprosił bowiem na scenę swoją latorośl i wspólnie, przy ogromnym aplauzie publiczności, wykonali wcześniej wspomniany kawałek. Swoją drogą młoda odziedziczyła talent po ojcu, ma bardzo ciekawy głos. Później usłyszeliśmy między innymi utwór "To Germany With Love" z płyty "Forever Young", z bardzo ciekawą projekcją wideo w tle, zawierającą archiwalne fragmenty występów oraz teledysków, a także ujęcia współczesne. Wisienką na torcie były moim zdaniem następujące po sobie: "A Victory of Love", "Sounds Like a Melody", z brawurową partią basistki Alexandry Merl i na zakończenie oczywiście "Forever Young". Szablonowo, po chwili przerwy, zespół po raz ostatni wyszedł na scenę i na zakończenie usłyszeliśmy "State of Dreams". Czy jest to odpowiedni numer na bis? Nie jestem pewien, ale moim zdaniem jednak nie. Nie znałem setlisty, bo nie śledzę tego w trakcie tras koncertowych zespołów, na których występ się wybieram. Dlatego na próżno wyczekiwałem "Summer In Berlin", "Song For No One" czy nawet "Jerusalem". Ale jak ktoś mądry kiedyś powiedział: "nie można mieć wszystkiego".
Na koncercie zabrakło mi klasycznego brzmienia zespołu oraz całej oprawy, jaka towarzyszyła ich występom nawet jeszcze na początku lat XXI wieku, typowych dla grup synthpopowych. Zamiast tego było więcej gitary, basu i obecny był chórek. Na pytanie czy powtórzyłbym udział w koncercie, odpowiem mimo wszystko: tak. Na pytanie czy podobało mi się, odpowiem: bardzo. Moim zdaniem warto wybrać się na kolejny koncert Alphaville w Polsce, który tym razem będzie miał miejsce we Wrocławiu w październiku tego roku.
Tekst: Marcin Ogrodowczyk/red. APFoto: Marcin Ogrodowczyk01.04.2025 r.
Setlista:
1. Golden Feeling2. Wishful Thinking3. Dance With Me4. Big in Japan5. Romeos6. Call Me7. Sensations8. Heaven on Earth (The Things We've Got to Do)9. Carry Your Flag10. I Die for You Today11. The Mysteries Of Love12. Universal Daddy13. To Germany With Love14. Red Rose15. Fools16. A Victory of Love17. Sounds Like a Melody18. Forever Young
bis
19. State of Dreams
Camouflage, Palladium, Warszawa, 26.03.2025 r.
Rewind To The Future And Goodbye
Camouflage na zawsze pozostanie w mojej pamięci jako obiekt żartu Tomasza Beksińskiego, który zapowiadając w jednej z audycji z cyklu "Romantycy muzycki rockowej" utwory z płyty "Voices And Images" (1988), na czele z "The Great Commandment", zasugerował, że mamy do czynienia z nowymi nagraniami Depeche Mode. Rzeczywiście, pewne podobieństwa w warstwie muzycznej były, ale trochę nie zgadzał się wokal i jednak w 1988 roku Depeche Mode brzmiał już nieco inaczej. Podobno niektórzy się nabrali, mnie od początku coś nie pasowało. Debiutancki album Camouflage wysłuchałem, ale nazbyt zachwycony nie byłem. Podobało mi się, ale na muzykę Camouflage patrzyłem przez pryzmat naśladowców Depeche Mode i nie traktowałem jej nadmiernie poważnie. W dodatku w tym okresie zaczynałem słuchać muzyki bardziej "alternatywnej". Z tego powodu nie śledziłem dalszych dokonań Camouflage. Do mojej świadomości dotarła jeszcze płyta "Methods Of Silence" oraz drugi znaczący hit „Love Is A Shield”, ale w latach 90. zupełnie nie interesowałem się dalszą drogą zespołu. Na przełomie lat 90. i 00. ponownie zainteresowałem się muzyką z kręgu synth-pop oraz electro i przy tej okazji nadrobiłem płyty Camouflage z lat 90. Okazało się, że grupa całkiem dobrze sobie radzi. Spodobał mi się też album "Sensor" i od tego momentu z sympatią śledziłem dalsze kroki formacji, choć nie było ich za wiele, bo od albumu "Sensor" ukazały się tylko dwie płyty z premierowym materiałem. Ostatnia pt. "Greyscale" została wydana dziesięć lat temu. Trzeba przyznać, że Camouflage wypracował coś w rodzaju własnego stylu. Tkwi on wprawdzie cały czas silnie w synthpopowych korzeniach lat 80., ze szczególnym uwzględnieniem Depeche Mode, ale dzisiaj uważam to raczej za zaletę niż wadę. W muzyce cały czas słychać tę swoistą synthpopową naiwność i radość, połączoną przy tym z melancholią, co tworzy miks klasycznego synth-popu, czego brakuje dzisiaj Depeche Mode. Twórczość Camouflage nie ma ambicji wykraczania poza światek sympatyków synth-popu. I bardzo dobrze! To Niemcy pozostawiają innym.
Choć Camouflage nie odniósł sukcesu w muzycznym mainstreamie, to dorobił się grupy wiernych sympatyków, którzy przybyli do warszawskiego Palladium, by celebrować kolejną część trasy "Rewind To The Future And Goodbye". Panowie prezentują na niej przekrój swojej twórczości, nie omijając najbardziej rozpoznawalnych utworów. Pierwszy raz dane mi było zobaczyć Camaouflage na żywo, nie mam więc porównania z tym, jak prezentowali się kiedyś. Ale to, co zobaczyłem i usłyszałem upewnia mnie, że nawet jeśli obecnie są w słabszej formie niż dawniej, to znaczy, że wtedy forma była mistrzowska a dzisiaj "jedynie" znakomita, co nie znaczy, że jestem całkiem bezkrytyczny wobec tego, co usłyszałem i zobaczyłem.
W Warszawie na scenie pojawili się dwaj muzycy tworzący oryginalny skład Camouflage: Heiko Maile, obsługujący elektronikę i wokalista Marcus Meyn. Towarzyszyli im perkusista oraz gitarzysta, który grał również na dodatkowym syntezatorze. W Palladium usłyszeliśmy mieszankę żywego grania i zaprogramowanego setu w proporcjach, które powinny być akceptowalne dla każdego krytyka muzyki elektronicznej zarzucającego, że "to nie jest prawdziwy koncert". Mnie na pewno ta proporcja zadowoliła.
Najwięcej utworów, bo aż pięć usłyszeliśmy z płyty "Sensor" (2003), na drugim miejscu był debiutancki album "Voices & Images" (1988), z której zespół zaprezentował cztery nagrania, z "The Great Commandment", kończącym podstawowy zestaw, na czele. Poza "The Great Commandment" i "Love Is a Shield", zagranym na pożegnanie w ramach drugiego bisu, najwięcej radości sprawiło mi wykonanie: "Me and You", "Suspicious Love", połączonych "We Are Lovers"/"Blue Monday" (New Order cover) oraz "Shine". Sam cover "Blue Monday" nie wypadł według mnie zbyt przekonywująco, ale to jest taki samograj, że nawet słabsze wykonanie sprawia przyjemność. O wiele bardziej jednak ekscytujące było dla mnie usłyszenie tego nagrania w wykonaniu samego Petera Hooka podczas koncertu Peter Hook & the Light we wrocławskich Zaklętych Rewirach. [czytaj relację >>]
Jeszcze gorzej wypadł według mnie cover The Cure "Cold", pochodzący z płyty Areu Areu zagrany na bis. Nie żeby panowie jakoś źle go wykonali, ale zupełnie nie pasuje mi ten numer ani do repertuaru tego koncertu, ani w ogóle do Camouflage. Rozumiem, że Camouflage pokazują w ten sposób, jakie mają inspiracje i chwała im za takie inspiracje, ale utwór nie zabrzmiał moim zdaniem wiarygodnie w wykonaniu Camouflage. Do wykonań własnych kompozycji nie można się jednak w niczym "przyczepić". Muzyka zespołu zabrzmiała soczyście i energetycznie. Marcus Meyn, mimo nieco kwadratowego ruchu scenicznego, nie musiał się także zbytnio napracować, by skłonić publikę do wspólnej zabawy, śpiewów i tańca. Cała sala podskakiwała i śpiewała niemal od początku koncertu aż do końca. Nie ma chyba nikogo kto wyszedłby z sali niezadowolony. Mimo paru słów krytycznych to był bardzo sympatyczny i udany wieczór również dla mnie. Kolejny wykonawca z listy "do zobaczenia" odhaczony.
Andrzej Korasiewicz27.03.2025 r.
1. Rewind to the Future and Goodbye2. That Smiling Face3. Fade in Memory4. Thief5. You Turn6. Me and You7. Suspicious Love8. Perfect9. Everything10. We Are Lovers11. Blue Monday (New Order cover)12. I'll Follow Behind13. Leave Your Room Behind14. Shine15. The Great Commandment
bis 1:
16. Cold (The Cure cover)17. Strangers' Thoughts18. Neighbours19. End of Words
bis 2:
20. Handsome21. Love Is a Shield
Cyndi Lauper, 21.02.2025 r., Łódź, Atlas Arena
Cyndi Lauper to jedna z tych gwiazd lat 80., która z jednej strony cały czas jest aktywna muzycznie, a z drugiej dzisiaj bardzo odeszła od muzyki, dzięki której odniosła międzynarodowy sukces. Parę słów na ten temat napisałem w informacji poprzedzającej koncert: https://alternativepop.pl/newsy/cyndi-lauper-wkrotce-zaspiewa-w-lodzi Dzisiaj Lauper funkcjonuje raczej w pewnej niszy muzycznej lub jako wspomnienie lat 80. I właśnie swój dawny sukces artystka postanowiła zdyskontować wyruszając w trasę: "Girls Just Wanna Have Fun Farewell Tour", która w sposób jednoznaczny odnosi się do jej największych przebojów z lat 80. a jednocześnie ma być swojego rodzaju pożegnaniem ze sceną. Bo choć po Lauper tego nie widać, to w tym roku kończy 72 lata. Cyndi Lauper to dla mnie sympatyczne wspomnienie lat 80. Nigdy nie traktowałem nadmiernie poważnie jej muzyki. Ale skoro przyjechała do Łodzi to wstyd było nie skorzystać z okazji, żeby wybrać się na jej koncert. Szczególnie, że Lauper po raz pierwszy w ogóle przyjechała do Polski, z czego jak mówiła bardzo się cieszy. Zanim jednak na scenie pojawiła się Cyndi Lauper musiałem przejść katusze wysłuchując "didżejkę" Tracy Young, która przez pół godziny grała miks przeróżnych klasycznych nagrań typu Blondie czy Earth Wind and Fire straszliwie je zniekształcając w duchu muzyki dance. Pani, która okazał się zdobywczynią Grammy za remiks nagrania Madonny, bardzo starała się zachęcić publiczność do tańca, co kontrastowało z tym, że nawet na płycie poustawiane były krzesła, na których publika siedziała. Gdy pani Young zeszła ze sceny, w oczekiwaniu na gwiazdę wieczoru z głośników poleciał miks współczesnego popu w rodzaju Miley Cyrus, czy Sabrina Carpenter, dla mnie kompletnie niestrawny. Nazwy wykonawców pomogła mi rozszyfrować córka, z którą wybrałem się na koncert, bo dla mnie te nagrania zlewały się w jedną, niestrawną masę. Zacząłem nawet zastanawiać się czy na pewno nie pomyliłem koncertów, albo czy rzeczywiście jestem targetem Lauper. Na szczęście uratował mnie widok na widowni pani z koszulką Slayera ;). Choć nie słucham obecnie metalu praktycznie wcale, to jednak w tamtym momencie poczułem jakąś platoniczną więź z tą panią. Nie jestem sam :). Gdy zbliżała się już godzina 21.00 z głośników dobiegły mnie dźwięki oryginalnej wersji numeru Blondie "One Way Or Another", co było w tamtej sytuacji miodem na moje uszy i upewnieniem, że może będzie dobrze w dalszej części wieczoru. Następnie na scenie pojawiła się Cyndi rozpoczynając od razu od mocnego uderzenia w postaci kontrowersyjnego tekstowo hitu "She Bop", który zawsze bardzo lubiłem pod względem muzycznym. Dalej poszły kolejne hity z lat 80.: filmowy "The Goonies 'R' Good Enough", cover Prince'a "When You Were Mine" oraz ostatni wielki hit Lauper z lat 80. "I Drove All Night". W tym miejscu Lauper zaczęła tłumaczyć, że to jeden z nielicznych utworów, w których kobieta śpiewa o prowadzeniu samochodu, a kierowanie autem daje jej poczucie wolności. Bardzo zdrowe podejście. Popieram! :). W dalszej części okazało się, że Lauper jest straszną gadułą, bo niemal przed każdym utworem snuła długie opowieści charakteryzujące się przy tym sporym poczuciem humoru. Mieliśmy więc do czynienia z koncertem, który pomieszany był trochę ze stand upem. Osobiście nie byłem tym szczególnie zachwycony, bo wolałbym więcej grania a mniej gadania. Ale publiczność była rozbawiona jej opowieściami. W oczekiwaniu na największe hity Lauper usłyszeliśmy kilka mniej znanych nagrań artystki urozmaiconych lubianym "Iko Iko", które choć też jest coverem, Lauper umieściła na drugim albumie "True Colors" z 1986 roku. Z tego samego albumu usłyszeliśmy jeszcze "Change of Heart" a następnie wyczekiwany "Time After Time" oraz "Money Changes Everything" z debiutanckiej "She's So Unusual", czym Lauper postanowiła zakończyć koncert. A tutaj nadal nie było największych przebojów artystki czyli "True Colors" i "Girls Just Want to Have Fun". Wiadomo było zatem, że muszą być bisy, dlatego choć brawa i owacje były bardzo marne, Lauper po dłuższym momencie, który wykorzystała na kolejną zmianę kreacji, wyszła na scenę. Zamiast oczekiwanych hitów, najpierw usłyszeliśmy jednak "Shine" z późniejszego okresu twórczości artystki. Ale wyczekiwane "True Colors" i "Girls Just Want to Have Fun" musiały być i były. Ten pierwszy wypadał całkiem dobrze, a wykonaniu "Girls Just Want to Have Fun" moim zdaniem sporo zabrakło do dynamiki oryginalnej wersji z lat 80., ale i tak było sympatycznie usłyszeć go na żywo. Na tym występ Cyndi Lauper zakończył się. Było całkiem przyjemnie, ale jednak mam mieszane uczucia. Zabrakło kilku numerów z lat 80. (np. coveru "What's Going On" Marvine Gaye), które usłyszałbym chętniej niż np. wspomniany "Shine", ale z drugiej strony te największe hity były. Cyndi Lauper pokazała, że nadal umie śpiewać, choć jej barwa głosu trochę zmieniła się i niektóre nagrania zabrzmiały inaczej niż oryginały. Dobrze wypadł zespół towarzyszący artystce. Widać jednak, że Lauper to gwiazda trochę zapomniana. W hali, która może pomieścić ok. 14 tysięcy widzów, było ok. 5-6 tysięcy ludzi. Scena ustawiona była wzdłuż areny i na wstępie ponad połowa miejsc była wyłączona z użytkowania. Do hali było tylko jedno wejście, a i tak nie było dużej kolejki, by dostać się do środka. Te miejsca, które przygotowano były jednak w ponad 90 procentach zajęte. Wśród publiczności widać było trochę fanów artystki z różnokolorowymi perukami, ale jednak całość prezentowała się skromnie. Szczególnie jeśli porównać do innych wykonawców "ejtisowych", których widziałem w Atlas Arenie. Nie mówię już o Depeche Mode, ale nawet Simply Red zapełnił niemal całą arenę, czego nie da się powiedzieć o Lauper. Wieczór z Cyndi Lauper nie był straconym czasem, ale jednak nie porwał mnie szczególnie, choć artystka bardzo się starała. Za to na pewno szacunek i podziękowania. Andrzej Korasiewicz22.02.2025 r. Setlista: 1. She Bop2. The Goonies 'R' Good Enough3. When You Were Mine (Prince cover)4. I Drove All Night5. Who Let in the Rain6. Iko Iko (Sugar Boy and His Cane Cutters cover)7. Funnel of Love (Wanda Jackson cover)8. Sally's Pigeons 9. I'm Gonna Be Strong (Frankie Laine cover)10. Sisters of Avalon11. Change of Heart12. Time After Time13. Money Changes Everything (The Brains cover) bisy: 14. Shine15. True Colors16. Girls Just Want to Have Fun
Lady Pank "Ohyda", 29.11.2024 r., Łódź, klub Wytwórnia
Gdy czterdzieści lat temu kładłem na adapter longplay "Ohyda" nie spodziewałem się, że w roku 2024 będę słuchał wykonania tej płyty na żywo. Lady Pank nie należał wówczas do moich ulubieńców i nie traktowałem ich muzyki nadmiernie poważnie. Choć wolałem Republikę i Maanam, to jednak trudno było oprzeć się hitom, które Lady Pank produkował w tamtym czasie seryjnie. Debiutancka płyta pt. "Lady Pank" (1983) to swoiste "greatest hits" zespołu i mimo że do grupy miałem dystans, to jednak podśpiewywałem sobie "Mniej niż zero", "Kryzysową narzeczoną" czy "Moje Kilimandżaro". Z "Lady Pank" szczególnie lubiłem "Fabrykę małp". Gdy ukazała się płyta "Ohyda" była krytykowana za to, że nie jest tak hitowa jak debiut, w domyśle, jest słabsza. Ale mnie "Ohyda" bardzo podobała się. Nie była tak oczywista i prosta jak debiut i do dzisiaj mam do niej duży sentyment. Nic dziwnego, że gdy zespół wyruszył w trasę grając repertuar z "Ohydy" to zacząłem poważnie rozważać, żeby wybrać się na ich koncert. Po pierwsze nigdy nie widziałem Lady Pank na żywo, po drugie grają utwory z "Ohydy" a nie jedynie stały zestaw koncertowy, no i po trzecie okazało się, że przyjeżdżają do Łodzi a zatem nie pozostało mi nic innego jak nabyć bilet i udać się do "Wytwórni".
Byłem pełen obaw, bo znając występy Lady Pank z okazji telewizyjnych sylwestrów i innych tego typu imprez, wyraźnie było słychać, że Panasewicz ma problem ze śpiewem. Poza tym czy zespół może dzisiaj wypaść wiarygodnie grając repertuar skierowany pierwotnie do młodzieży? Nie ma co ukrywać, Panasewicz (68 lat) i Borysewicz (69 lat), czyli główny trzon klasycznego skład zespołu, to już starsi panowie. Ale i ówczesna młodzież postarzała się przecież. Ku mojemu zaskoczeniu wśród publiczności, oprócz osób w wieku 40+ i 50+, było jednak trochę dzisiejszych nastolatków. Część wprawdzie przybyła ze swoimi rodzicami, ale bawiła się równie żywiołowo jak starsi. O dziwo ze śpiewem Panasewicza też nie było tak źle. Wokalista wprawdzie nie zawsze wyciągał jak należy, ale nigdy nie był przecież mistrzem śpiewu a nastrój na pewno udało mu się zbudować. Borysewicz udowodnił, że jest wybitnym instrumentalistą w niektórych momentach popisując się gitarowymi solówkami. Jego gra była bez zarzutu, bo nie tylko pokazał swoją wirtuozerię, ale również potrafił zagrać wszystkie charakterystyczne motywy znanych przebojów, tak żeby przypominały oryginalne wersje i wprowadziły odpowiednio w nastrój. Skład zespołu uzupełniała sekcja rytmiczna: Kuba Jabłoński – perkusja i Krzysztof Kieliszkiewicz - gitara basowa. Nieco młodsi, ale już też nie młodzież - obaj rocznik 1972. Panom towarzyszyli również: Michał Sitarski na gitarze rytmicznej, Wojciech Olszak – instrumenty klawiszowe oraz Marcin Nowakowski na saksofonie.
Koncert rozpoczął się od odtworzonego intro "Zabij to cz. II", po którym na scenie pojawili się muzycy. Panowie odegrali siedem utworów z "Ohydy", zabrakło tylko "Swojskiego Brodłeju" i "Szakala na Brodłeju". Utwory z "Ohydy" sprawiły mi wielką radość. Publiczność najlepiej bawiła się przy największych przebojach - "Zabij to" i "Ohyda" a także "To jest tylko rock and roll". Jednak chóralne śpiewanie kolejnych przebojów zaczęło się, gdy zespół skończył grać "Ohydę" i wybrzmiały pierwsze dźwięki "Zamków na piasku". Od tego momentu Panasewicz właściwie nie był potrzebny na scenie, bo publiczność ochoczo śpiewała kolejne przeboje zespołu.
Dalsza część koncertu najbardziej interesowała mnie w chwilach, gdy słyszałem utwory z połowy lat 80. -"Zamki na piasku", "Du du", "Kryzysowa narzeczona", "Fabryka małp", "Sztuka latania", "Marchewkowe pole", "Tańcz głupia, tańcz" i zaśpiewane przez całą zgromadzoną publiczność "Mniej niż zero". Do pozostałych nagrań nie mam już takiego sentymentu, a on właśnie przyciągnął mnie na koncert do Wytwórni. Nie jestem nadmiernym sympatykiem płyty "Tacy sami". W tym czasie słuchałem już zupełnie innej muzyki i to amerykańskie granie Lady Pank trochę mnie denerwowało. Ale przebojów "Zostawcie Titanica" i "Tacy sami" wysłuchałem w Łodzi bez przykrości. Podobnie jak pozostałych nagrań na koncercie.
Na plus muszę zapisać również nowy utwór zagrany przez zespół pt. "Motyle". Tekst napisany został przez starego tekściarza grupy Andrzeja Mogielnickiego. Nagranie w bardzo udany sposób nawiązuje do początków zespołu i niejako podsumowuje całą karierę formacji. Ma w sobie spory ładunek emocjonalny a nawet swoistą melancholię a przy tym jest chwytliwe. Trzeba też dodać, że Lady Pank zapewniła atrakcyjną oprawę sceniczną występu. W tle na ekranie wyświetlały się filmy ilustrujące kolejne utwory, były też zimne ognie a na koniec konfetti. Wprawdzie fanem Lady Pank nie zostałem, ale odbyłem podróż sentymentalną do dzieciństwa przekonując się, że zespół prezentuje się na żywo całkiem solidnie a na pewno atrakcyjnie. Gdyby ktoś chciał sprawdzić, to warto.
Andrzej Korasiewicz30.11.2024 r.
Lista utworów:
Zabij to cz. II1. Zabij to2. Rolling Son3. Tango stulecia4. Czas na mały blues5. Hotelowy kram6. A to ohyda7. To jest tylko rock and roll8. Zamki na piasku9. Du du10. Kryzysowa narzeczona11. Sztuka latania12. Fabryka małp13. Stacja Warszawa14. Marchewkowe pole15. Zawsze tam gdzie ty16. Tacy sami (Jan & Kuba intro)17. Mała wojna18. Zostawcie Titanica19. Tańcz głupia, tańcz20. Motyle21. Mniej niż zero
bis:
22. Na co komu dziś23. Na Na
Armia, 16.11.2024 r., Łódź, klub Scenografia

Clan of Xymox, The Wolfgang Press, Festiwal Soundedit, 27.10.2024 r., Łódź, klub Wytwórnia

Seal, 14.10.2024, Łódź, Atlas Arena

Nick Cave & the Bad Seeds, Atlas Arena, Łódź, 10.10.2024 r.

Pet Shop Boys, Dreamworld - The Greatest Hits Live, 03.07.2024 r., Torwar, Warszawa
Pet Shop Boys to duet, który słuchaczom kojarzy się przede wszystkim z muzyką lat 80. utożsamiając wręcz brzmienie zespołu z tamtym czasem. Z mojego punktu widzenia to błędna perspektywa. Wprawdzie trudno zaprzeczyć temu, że grupa zaczynała w połowie lat 80., ale muzyka electro-popowa, którą panowie stworzyli nie miała wiele wspólnego z nowofalowymi korzeniami synth-popu i new romantic królującymi w pierwszej połowie lat 80. A z mojej perspektywy to jest właśnie esencja "ejtisów".
Pet Shop Boys to w istocie rzeczy formacja, która na bazie popularności brytyjskiego synth-popu inspirowanego przede wszystkim dokonaniami Kraftwerk, stworzyła swoje własne brzmienie electro pop. Od początku było ono na granicy muzyki synth-pop i dance, choć szczególnie pierwsza płyta "Please" pobrzmiewała jeszcze echem bardziej surowego synth-popu. Już jednak album "Actually" to wysmakowana, inteligentna, ale muzyka pop/dance oparta w całości o elektronikę i najnowsze możliwości technik produkcyjnych. Pet Shop Boys śmiało patrzyli w przyszłość i w istocie ewokowali brzmienie muzyki pop i elektronicznej muzyki tanecznej, które zaczęło rozpowszechniać się w latach 90. a dzisiaj króluje w mainstreamie. Może właśnie to jest cała tajemnica popularności formacji również dzisiaj oraz przyczyna szacunku jakim cieszy się w młodszych pokoleniach.
Na pewno Pet Shop Boys jest tym, co łączy starsze pokolenia wychowane na muzyce pop w latach 80. oraz młodsze zaczynające słuchanie muzyki w latach 90. i współcześniej. Ci najmłodsi jednak najwyraźniej nie są skłonni wydać kilkuset złotych na bilet, by zobaczyć grupę na żywo, bo w warszawskim Torwarze przeważała publiczność 40+, 50+ a nwet 60+.
"Dreamworld - The Greatest Hits Live" to trasa, która była planowana już w 2019 roku, ale na przeszkodzie stanęła pandemia. Koncerty były przekładane i odwoływane. Ostatecznie pierwsze występy odbyły się dopiero w maju 2022 roku a trasa kończy się w tym roku. Inspiracją dla niej stało się wydawnictwo przekrojowe pt. "Smash: The Singles 1985–2020". Z powodu przesunięcia w czasie i tego, że w tym roku ukazała się najnowsza płyta zespołu pt. "Nonetheless", do setlisty dodano kilka nagrań z tegorocznego wydawnictwa. Wypadł też utwór "Monkey Business" z albumu "Hotspot" (2020), który był wydawnictwem z premierowym materiałem w czasie, gdy zaczynała się trasa "Dreamworld - The Greatest Hits Live".
Z powodu trudności z dojazdem do hali Torwar, wpadłem do niej niemal w ostatniej chwili stojąc najpierw w długaśnej kolejce przed wejściem. Zespół zaczął jednak parę minut później niż zaplanowano, dzięki czemu miałem możliwość ochłonąć i przyjrzeć się miejscu. Warszawski Torwar był w środę szczelnie wypełniony. Większość publiczności stanowiła jednak "starsza młodzież", w wieku minimum czterdziestu lat. Na telebimie, który ustawiony był na środku sceny wyświetlała się flaga Ukrainy. Po chwili zaczęły gasnąć światła i wybrzmiały pierwsze dźwięki jednego z klasycznych hitów zespołu pt. "Suburbia". Na scenie pojawili się główni bohaterowie: Neil Tennant i Chris Lowe. Za ekranem chowała się pozostała część ekipy: Afrika Green i Simon Tellier, którzy obsługiwali instrumenty perkusyjne, pozostałe instrumenty klawiszowe oraz wspierali duet wokalnie. Była też Clare Uchima, która wykonała żeńską partię wokalną w "What Have I Done to Deserve This?", oryginalnie śpiewaną przez Dusty Springfield. Oprócz tego wspierała wokalnie Tennanta w innych utworach a także obsługiwała instrumenty klawiszowe.
Słuchając kolejnych utworów Pet Shop Boys układałem sobie w głowie, jaki mam właściwie stosunek do grupy. Na koncercie słuchało się tej muzyki znakomicie. Materiał został wspaniale zmiksowany, większość utworów szybko przechodziła z jednego w drugi. Zmieniała się też scenografia w tle, ubiory muzyków i inne rekwizyty. Na początku Neil Tennant i Chris Lowe prezentowali się na scenie między dwoma imitacjami latarni ulicznych. Obaj stali niemal nieruchomo mając na głowie nakrycia w kształcie kamertonów. To sprawiało wrażenie kosmiczne i przywoływało na myśl nieco stylistykę Kraftwerk. Pomiędzy utworem "Can You Forgive Her?" i "Opportunities (Let's Make Lots of Money)" Tennant zdjął maskę kamertonową. Podczas instrumentalnego intro do "Left to My Own Devices" to samo zrobił Lowe a następnie wszedł na podwyższoną platformę. Ekran odjechał do góry i odsłonił zespół towarzyszący. Muzyka zaczęła się zmieniać.
"Where the Streets Have No Name (I Can't Take My Eyes Off You)", to ten rodzaj muzyki Pet Shop Boys, którego nie lubię i przy którym obojętnieję na muzykę grupy. Proste, taneczne dźwięki masakrujące utwór U2, to było coś, co na parę lat zniechęciło mnie na początku lat 90. do formacji i spowodowało, że straciłem dla niej zainteresowanie. A ponieważ zespół zaprezentował w Warszawie całkiem sporo nagrań z lat 90. i świeższych, to do części utworów byłem początkowo nastawiony obojętnie. Mimo to, wszystko zabrzmiało w Warszawie tak dobrze, że nawet utwory z najnowszej płyty, którą skrytykowałem na łamach Alternativepop.pl dobrze komponowały się z całością występu. Panowie naprawdę dobrze poukładali setlistę, dzięki czemu czas na koncercie mijał szybko i niemal niezauważalnie. Wszystkie szczegóły wizualne i dopracowane elementy sceniczne były równie oszałamiające jak sama muzyka duetu. Ani się zorientowałem a koncert już dobiegał końca. Mimo wszystko miałem poczucie, że jestem na show czysto rozrywkowym, bez większych ambicji artystycznych.
Po "It's A Sin panowie zeszli ze sceny a ja nadal nie usłyszałem najważniejszego dla mnie utworu zespołu - "West End Girls". Wiadomo było jednak, że w planowanych bisach będzie jako pierwszy a po nim jeszcze "Being Boring". "West End Girls" zabrzmiało trochę inaczej niż oryginał, ale równie rasowo. Ciężki, basowy akord syntezatorowy Lowe'a nie pozostawił wątpliwości, że jest jeszcze w Pet Shop Boys coś, za co polubiłem kiedyś formację. Usłyszawszy "West End Girls" mogłem udać się już do wyjścia, by zdążyć wydostać się z Torwaru zanim wylegnie tłum ludzi i nie da się wyjechać z parkingu. Następny dzień to kolejny dzień roboczy a trzeba jeszcze było dojechać te sto kilometrów do domu. Może trochę szkoda "Being Boring", którego usłyszałem tylko pierwsze dźwięki, ale proza życia musi czasami zwyciężyć. No i choć to utwór sympatyczny, to nie ma on dla mnie takiego znaczenia jak: "West End Girls", "Suburbia", "Opportunities (Let's Make Lots of Money)" czy "Love Comes Quickly". Bardzo duży plus również za "Paninaro".
To był udany wieczór razem z Pet Shop Boys. Panowie przygotowali kawał profesjonalnego show. Przekonałem się dzięki temu, że występ grupy można uznać jednak za granie koncertowe, a nie tylko rodzaj elektronicznego "live setu". Nie tylko ze względu na śpiew Tennanta i grę na klawiszach Lowe'a. Towarzyszący muzycy grali również na instrumentach perkusyjnych a jeden z nich nawet niekiedy na gitarze (np. w "Where the Streets Have No Name (I Can't Take My Eyes Off You)"). Poprzednia moja koncertowa przygoda z grupą miała miejsce w 2006 roku na warszawskim Służewcu, podczas festiwalu Summer of Music Festival, kiedy miałem wątpliwości co do sensu oglądania zespołu na żywo. Wtedy nie dotrwałem nawet do końca grania PSB. [czytaj relację >>] Tym razem nie mam wątpliwości, że było warto.
Andrzej Korasiewicz (tekst, foto smartfon)04.07.2024 r
Lista utworów:
1. Suburbia2. Can You Forgive Her?3. Opportunities (Let's Make Lots of Money)4. Where the Streets Have No Name (I Can't Take My Eyes Off You) (U2/Frankie Valli medley)5. Rent6. I Don't Know What You Want but I Can't Give It Any More7. So Hard8. Left to My Own Devices9. Single-Bilingual / Se a vida é (That's the Way Life Is)10. Domino Dancing11. Dancing Star12. New York City Boy13. A New Bohemia14. Jealousy15. Loneliness16. Love Comes Quickly17. Paninaro18. Always on My Mind (Gwen McCrae cover)19. Dreamland20. Heart21. What Have I Done to Deserve This?22. It's Alright (Sterling Void cover)23. Vocal24. Go West (Village People cover)25. It's A Sin
bis:
26. West End Girls27. Being Boring
Lech Janerka, klub Wytwórnia, Łódź, 20.04.2024 r.
Klaus Mitffoch
Gdy gdzieś w 1985 roku kupiłem kasetę Tonpressową "Klaus Mitffoch" słuchałem jej na okrągło. Moim celem stało się zdobycie winyla, żeby usłyszeć tę muzykę w stereo. Wówczas miałem stereofoniczny adapter Unitry, ale korzystałem z monofonicznego radiomagnetofonu Marta. Winyl był już wtedy niedostępny w mojej okolicy. Szukałem go we wszystkich możliwych miejscach. W końcu udało mi się go nabyć w jakimś kiosku Ruchu, podczas wakacji. Nie pamiętam już czy było to gdzieś nad morzem czy w Sulejowie, bo to były moje lokalizacje wyjazdów wakacyjnych. A na pewno w kiosku Ruchu w Sulejowie jakieś winyle kupowałem. Było to więc albo tam, albo w którejś z lokalizacji nadmorskich, do której wówczas jeździłem. Transport płyty z powrotem do Łodzi nie był łatwy, bo wtedy podróżowałem z rodzicami PKS-em oraz pociągami. Nie mieliśmy samochodu. Z utęsknieniem czekałem na powrót do domu, żeby w końcu "odpalić" "Klausa Mitffocha" w stereo. Co też się stało a następnie płytę "zajechałem". W końcu zaczęła w jednym miejscu przeskakiwać. Ten przeskok później stał się dla mnie integralnym elementem muzyki i gdy w bardziej współczesnych czasach nabyłem CD dziwiło mnie, że czegoś w muzyce brakuje.
Lech Janerka
Ale co ja tutaj opowiadam o mojej historii z płytą Klausa Mitffocha, skoro mam relacjonować koncert Lecha Janerki? A jednak bez tej historii, zapewne nie udałbym się na koncert Janerki w 2024 roku. Jego solowa twórczość to w moim przypadku sentymentalna kontynuacja polubienia płyty "Klaus Mitffoch". Płytę "Historia podwodna" traktowałem jak świetną kontynuację Klausa. Późniejsza twórczość już mnie tak nie zajmowała, choć płyta "Ur" zrobiła na mnie swego czasu wielkie wrażenie.
Lech Janerka z czasem coraz bardziej wycofywał się z show-biznesu, którego częścią nigdy nie chciał być. W końcu zamilkł całkiem. Grał od czasu do czasu koncerty, ale ostatnia studyjna płyta "Plagiaty" ukazała się w 2005 roku. Później co kilka lat wracały rozważania, czy i kiedy Janerka nagra jeszcze coś nowego. W 2019 roku artysta zaprezentował dwa nowe nagrania - "Wanna na Wawelu" i "Zabawawa", które miały zapowiadać nową płytę. Ta ukazała się jednak dopiero w listopadzie 2023 roku pt. "Gipsowy odlew falsyfikatu".
A skoro jest nowa płyta, to Lech Janerka najwyraźniej dał się namówić, żeby ucieszyć publiczność zaprezentowaniem nowego repertuaru na żywo. Artysta wyruszył w trasę koncertową, choć niezbyt intensywną. Zabukowano ledwie kilka koncertów w sporych odstępach czasowych. Najbardziej intensywnie jest w kwietniu, bo Janerka oprócz koncertu łódzkiego, za tydzień zagra też w Warszawie. Później jeszcze są dwa koncerty w maju i jeden we wrześniu, a wcześniej grał w marcu we Wrocławiu.
Koncert
Nie należę do osób, które lubią atmosferę koncertową, ale czy mogłem przegapić okazję zobaczenia i usłyszenia Lecha Janerki na żywo w moim rodzinnym mieście? Koncert zaczął się od utworów z nowej płyty. Usłyszeliśmy m.in. "Omm", "I moll", "Maj", "Chyba". Nagrania zabrzmiały sympatycznie, ale to nie było to, na co czekała większa część publiczności, w tym ja. Tę część koncertu Lech Janerka grał siedząc na krześle. Najwyraźniej jednak go to krępowało. Trochę się tłumaczył z tego przed publicznością, trochę konsultował z perkusistą, czy nie lepiej będzie porzucić krzesło. Co też i po paru utworach uczynił.
Po zagraniu kilku nagrań z "Gipsowego odlewu falsyfikatu" i porzuceniu trybu siedzącego, usłyszeliśmy to, na co większość czekała. Pan Lech poinformował, że "grał kiedyś w takim zespole jak Klaus Mitffoch" i jako "kustosz jego dziedzictwa" zagra kilka utworów, czym wzbudził powszechną radość. Usłyszeliśmy oczekiwane hity: "Tutaj wesoło", "Śmielej", "Ogniowe strzelby", "Ewolucja, rewolucja i ja", "Strzeż się tych miejsc", "Jezu jak się cieszę". Przy tym ostatnim było największe szaleństwo. Część publiczności próbowała dostać się przed krzesła (koncert był w trybie siedzącym) i tańczyć. Zaskoczyła mnie trochę grupkach młodych, około dwudziestoletnich, która była najbardziej aktywna przy "Jezu jak się cieszę". Zaskoczyło mnie nie to, że byli najbardziej aktywni, ale to, że w ogóle na tym koncercie byli. Nie da się ukryć, że większośc publiczności stanowili ludzie w wieku 40+, 50+ i 60+. A jednak grupka młodych też była.
Utwory z repertuaru Klausa Mitffocha przeplatane były tymi z solowych płyt artysty. Usłyszeliśmy m.in. "Ta zabawa nie jest dla dziewczynek", "Jest jak w niebie", "Zero zer", "Tryki na start", "Historia podwodna", "Niewole i koncertowy miks "Bez kolacji / Śpij Aniele mój". Po prawie półtorej godzinie grania Pan Lech stwierdził, że już "bateryjka mu się wyczerpała" oraz "procesor trochę przegrzał" i więcej nie da rady. Na pożegnanie zagrał jeszce "Wyobraź sobie". Była też wspólna fotka z publicznością a dla chętnych "przebijanie piątki".
Ze strony Lecha Janerki była wielka klasa, dobra forma wokalna i sympatyczna atmosfera. Tempo niektórych "klausowych" klasyków może nie było takie jak należy, ale wokal Janerki działa be zarzutu. Artyście tradycyjnie towarzyszyła żona Bożena na wiolonczeli a skład uzupełniał perkusista i gitarzysta. Jeśli ktoś nie miał szansy słyszeć na żywo Lecha Janerki, to polecam. Warto.
Andrzej Korasiewicz21.04.2024 r.
The Pineapple Thief, 11.03.2024 r., Palladium, Warszawa
The Pineapple Thief to jeden z czołowych współczesnych zespołów z kręgu szeroko rozumianego art rocka, który od ponad dwudziestu lat regularnie wydaje płyty. Angielska formacja, pod przywództwem Bruce'a Soorda, lubi też odwiedzać Polskę i grać tu koncerty. Od kilku lat robi to regularnie po wydaniu kolejnych płyt. Tak było i w tym roku. Formacja odwiedziła Polskę, by zagrać dwa koncerty w związku z wydaniem w tym roku najnowszego wydawnictwa pt. "It Leads To This". Pierwszy z nich miał miejsce w Warszawie.
Zanim na scenie wystąpiła gwiazda wieczoru, publiczność rozgrzewał Randy McStine. Randy wystąpił w pełni solo, prezentując instrumentalno-wokalną mieszankę dźwięków elektronicznych i gitarowych. Dzięki elektronicznemu akompaniamentowi z głośników popłynęły dźwięki zarówno łagodne i ambientalne, jak i bardziej agresywne, czasem wręcz industrialne, zgrzyty. W połączeniu z ładnym wokalem i klasyczną gitarą wzmocnioną elektrycznie, stanowiły dobrą przystawkę do głównego dania wieczoru. Nie było to nic szczególnie ekscytującego, ale można było zawiesić ucho.
Przyznam, że The Pineapple Thief dotychczas należał u mnie do tej kategorii zespołów, które w ogólności lubię, ale w szczególności nigdy nie wzbudzał u mnie nadmiernej ekscytacji. Muzyka Anglików teoretycznie była tym rodzajem stylistyki, który do mnie przemawia. Kolejne płyty słuchałem zawsze z uwagą i przyjemnością. Jednocześnie nigdy nie zdarzyło się, żeby The Pineapple Thief wywołał u mnie przysłowiowe "ciarki". Grupa zawsze należała u mnie do kategorii - świetny średniak. Żeby przełamać ten dystans do zespołu, postanowiłem zobaczyć i usłyszeć ich na żywo. Konfrontacja z muzyką graną na żywo często przynosi inne spojrzenie na nią. I rzeczywiście tak było i tym razem.
The Pineapple Thief w ciągu półtorej godziny zaprezentował w całości materiał z nowej płyty pt. "It Leads To This". Przeplatany był starszymi numerami jak np. "Versions of the Truth". Ponieważ to był mój pierwszy raz z występem The Pineapple Thief na żywo, uważnie chłonąłem każdy element koncertu, próbując wczuć się w klimat i poczuć te "ciarki". Początkowo szło trochę opornie, bo było podobnie jak przy odsłuchu muzyki w warunkach domowych. Bardzo przyjemnie i sympatycznie, ale czasami myśli ulatywały w inną stronę i musiałem przywołać się do porządku, żeby znowu skupić się na muzyce. Mimo wszystko od razu usłyszałem różnicę w stosunku do nagrań, które wcześniej znałem z wersji studyjnych.
Już rozpoczynający występ utwór "The Frost" zabrzmiał bardziej dynamicznie a jednocześnie fajnie selektywnie. Koncert był moim zdaniem dobrze nagłośniony i miałem sporą przyjemność z odsłuchu granego materiału. The Pineapple Thief bardzo dobrze prezentowali się też scenicznie. Nie było tutaj zbędnych gestów, nadmiernych emocji. Muzycy byli skupieni na wykonaniu swojej sztuki, ale wtedy, gdy np. Beren Matthews lub Bruce Soord grali bardziej dynamiczne riffy gitarowe dawali temu wyraz. Bardzo spodobała mi się ta, z jednej strony oszczędna, ale z drugiej bardzo adekwatna ekspresja sceniczna muzyków The Pineapple Thief.
Sceniczne wykonanie, znanych z wersji studyjnych utworów, zaskoczyło mnie wręcz metalowo-sabbathowymi riffami gitarowymi, które czasami wybrzmiewały ze sceny. Wprawdzie formalnie nie różniło się to od w wersji studyjnych, a jednak na żywo zabrzmiało to soczyściej i pełniej. Mimo tych mocnych gitarowych riffów, muzyka The Pineapple Thief prezentuje się elegancko i szacownie. Słuchanie ich na żywo było prawdziwą przyjemnością. Szczególnie, że już po kilku numerach "złapałem właściwą fazę" i udało mi się w pełnie zagłębić w muzykę, która płynęła ze sceny. Świetnie zabrzmiał np. utwór "Now It's Yours", pochodzący z nowej płyty, ale i kolejne - "Rubicon" czy "To Forget".
Miłe było równie przedstawianie przez Bruce'a Soorda muzyków po polsku. Jeśli chodzi o wątki polskie, to supportujący zespół Randy McStine przyznał się, że ma polskie korzenie od strony swojego ojca.
The Pineapple Thief zagrali w Palladium zawodowo. Na pewno przekonali mnie do uważniejszego przesłuchania ich nowej płyty, którą dotychczas oceniałem jako mocnego średniaka. Koncert w Warszawie pozwolił mi dostrzec w twórczości The Pineapple Thief smaczki, które dotychczas mi umykały.
Andrzej Korasiewicz12.03.2024 r.
Lista wykonanych utworów:
1. The Frost2. Demons3. Put It Right4. Our Mire5. Versions of the Truth6. Every Trace of Us7. Dead in the Water8. All That's Left9. Now It's Yours10. Fend for Yourself11. Rubicon12. To Forget13. It Leads to This14. Give It Back15. The Final Thing on My Mind
Bisy:
16. In Exile17. Alone at Sea