
Republika - Masakra
1998 Pomaton EMI
1. Masakra 3:47
2. Mamona 3:38
3. Odchodząc 3:57
4. 13 cyfr 4:44
5. Przeczekajmy noc 3:44
6. Sado-maso piosenka 3:44
7. Raz na milion lat 5:06
8. Gramy dalej 3:40
9. Strażnik snu 4:11
10. Koniec czasów 4:41
Gdy Republika reaktywowała się w 1990 roku nadzieje fanów zespołu z lat 80. były bardzo duże. Następne lata pokazały jednak, że formacja nie miała szans na odzyskanie pozycji, którą zajmowała w połowie lat 80. A przypomnijmy, że była wtedy, obok Lady Pank i Maanamu, najpopularniejszą polską grupą rockową. Tymczasem w 1990 roku nadeszły nowe czasy. Wokół przeobrażała się nie tylko rzeczywistość społeczno-polityczna, ale również branża muzyczna w Polsce. Do tego zmieniły się też trendy w światowej muzyce "rozrywkowej". W dodatku sam zespół nie do końca wiedział co chce osiągnąć. Pierwsze lata po reaktywacji okazały się swoistym polem minowym dla grupy.
Republika zaczęła konserwatywnie, od wydania płyty "1991" z nowo nagranymi starymi numerami, które nie były dostępne na dwóch regularnych płytach zespołu z lat 80. W lutym 1993 roku formacja zagrała w Radio Łódź koncert "bez prądu", podczas którego zaprezentowała akustyczne wersje swoich największych przebojów. W tym samym roku ukazał się pierwszy po reaktywacji w pełni nowy materiał, który okazał się prawdziwym szokiem dla sympatyków Republiki. Na płycie "Siódma pieczęć" znalazła się muzyka nie mająca nic wspólnego z Republiką, którą wszyscy znali - czyli popowo-nowofalową. Zamiast nowofalowej zadziorności i drapieżności usłyszeliśmy zaskakującą muzykę pop rockową nawiązującą stylistycznie do ducha lat 70. a może nawet 60., którą zdominowało brzmienie organów Hammonda. Słuchacze nastawieni na muzykę alternatywną, którzy zawsze z pewnym dystansem podchodzili do twórczości Republiki, uzyskali potwierdzenie, że nowofalowość Republiki w latach 80. to była tylko poza, a nie szczere zaangażowanie. Zagorzali i wierni fani Republiki starali się docenić płytę "Siódma pieczęć" twierdząc, że grupa "rozwija się artystycznie". Fakty jednak były takie, że płyta nie osiągnęła sukcesu komercyjnego i na pewno zawiodła większą część sympatyków zespołu. A przecież Republika to zawsze była również marka o znaczeniu komercyjnym. W tym czasie pojawiły się nowe gwiazdy polskiego rocka - Hey, Edyta Bartosiewicz, Wilki - które stały się idolami nowego pokolenia dojrzewającego w latach 90. Konkurencja uciekała.
Grupa postanowiła wrócić do sprawdzonych wzorców i w 1995 roku wydała płytę pt. "Republika marzeń". W zamyśle muzyka na niej miała nawiązywać do nowofalowego stylu klasycznej Republiki. Niestety nie do końca to się udało. Na okładce pojawiła się flaga w biało-czarne pasy, utwór tytułowy trochę przypominał klasyczne hity z lat 80., ale ani nie miał tej mocy, ani nie był kompozycją na tyle udaną, by wzbudzić większe zainteresowanie starych słuchaczy, nie mówiąc o zdobyciu nowych. Podobnie reszta płyty wypełniona była utworami trudno broniącymi się przed zarzutami o wtórność i tylko w niektórych przypadkach udanymi. "Republika marzeń" była kolejną porażką wydawniczą zespołu. Jasne stało się, że prosty powrót do nagrywania w dawnym stylu nie jest możliwy. Republika potrzebowała płyty, która z jednej strony w sposób przekonywujący nawiąże do klasycznej formuły zespołu z lat 80. a z drugiej udanie wpisze się w nowe czasy. Takim krążkiem okazał się album "Masakra".
Płytę promował utwór "Mamona", który przywrócił Republice właściwy jej status. Wprawdzie w nowych czasach Lista Przebojów Programu Trzeciego straciła na znaczeniu, bo jak grzyby po deszczu wyrosły komercyjne rozgłośnie, które miały swoje playlisty, to jednak warto odnotować, że dzięki "Mamonie" grupa wróciła po dwunastu latach przerwy na szczyt trójkowej listy. Spędziła tam aż sześć tygodni. Wideoklip nakręcony do utworu często gościł też w telewizji, dzięki czemu nagranie stało się rozpoznawalne w całej Polsce. Muzycznie "Mamona" była udanym nawiązaniem do twórczości Republiki z lat 80. Słychać w nim charakterystyczny, drapieżny motyw na pianinie, ostry riff gitarowy, dynamiczną perkusję oraz emocjonalny, mocny śpiew Ciechowskiego. Mimo tych wszystkich klasycznych dźwięków, utwór brzmiał nowocześnie, dzięki użyciu elektronicznych efektów, które uwspółcześniły tradycyjne, popowo-nowofalowe brzmienie zespołu. To był udany i właściwy przepis na połączenie tradycyjnej muzyki Republiki z nowymi trendami.
Użycie elektroniki nie było zresztą niczym nowym, bo już na "Nieustannym tangu" w tym kierunku podążała Republika a Ciechowski ćwiczył to również na płytach Obywatela G.C. Podobny do "Mamony" charakter ma otwierający album utwór tytułowy. "Masakra" to mocny, rockowy numer, w którym bardzo intensywne są dźwięki elektroniczne. Drugi na płycie to wspomniana "Mamona". Trzecim jest spokojniejsza, wyraźnie elektroniczna kompozycja pt. "Odchodząc", która okazała się kolejnym, sporym przebojem na liście Trójki (trzecie miejsce). Tutaj gitara Krzywańskiego nie brzmi tak hardrockowo jak np. w tytułowej "Masakrze", poza tym słychać też partie grane na gitarze akustycznej. Utworowi ton nadaje elektroniczny, nieco transowy bit perkusji i bardziej subtelny śpiew Ciechowskiego. W "13 cyfr" też dominuje elektronika, ale nagranie jest bardziej dynamiczne a śpiew Ciechowskiego ekspresyjny. "Przeczekajmy noc" jest spokojną balladą o tradycyjnej, rockowej konstrukcji, która z czasem nabiera mocy i ekspresji, ale w dalszym ciągu słychać w niej elektroniczną otoczkę. "Sado-maso piosenka" to agresywna, rockowa kompozycja z hardrockowymi riffami gitary, ale i chwilami wyciszenia, w których Ciechowski delikatnie nuci, by za chwilę wybuchnąć dynamicznym śpiewem. W "Raz na milion lat" dominuje mocno zakwaszona elektronika bardzo bliska triphopowej estetyce. Śpiew Ciechowskiego przez większość utworu jest spokojny, by nabrać mocy w refrenie, gdy wokalista śpiewa o wybuchu supernowej. Utwór osiągnął drugie miejsce na liście przebojów Trójki. "Gramy dalej" przypomina mi trochę czasy "Sam na linie", choć to tylko luźne skojarzenie. Utwór nawiązuje do popularności teleturniejów telewizyjnych, które opanowały Polskę w latach 90. i ma charakter prześmiewczo-parodystyczny. Również w warstwie muzycznej brzmi lekko, radośnie i odrobinę kabaretowo. "Strażnik snu" przenosi nas do muzyki bardziej na serio, brzmiąc jednak trochę jak kontynuacja twórczości Obywatela G.C. z okresu czwartej płyty, którą Ciechowski nagrał już po reaktywacji Republiki. "Koniec czasów" rozpoczyna się od intensywnych dźwięków elektronicznych i takie powracają w kompozycji do końca, choć sama struktura nagrania to rockowy numer utrzymany w średnim tempie. W warstwie lirycznej Ciechowski prawdopodobnie uległ teorii "końca historii" śpiewając:
"Nie ma o czym pisać
Skończyło się
Nie ma murów by walić w nie
Upartym swym łbem
Nie ma murów by pisać
Trującą treść
Nie ma o czym pisać
Bo skończyły się
Skończyły się czasy
W tobie też we mnie
Też w tobie też we mnie też
We wszystkich"
To że była to spora naiwność i żaden koniec historii wieszczony przez Fukuyamę nie nastąpił wiemy dzisiaj bardzo dobrze. Ale kompozycja dobrze podsumowuje ducha tamtych czasów, gdy Polska właśnie wstąpiła do NATO i wkrótce miała dołączyć do Unii Europejskiej a poza wojną w Jugosławii, którą postrzegano jak konwulsje starego porządku, wydawało się, że nowe czasy przyniosą powszechny pokój i dobrobyt. O święta naiwności... W ten sposób Republika zamyka bardzo udaną muzycznie "Masakrę". Niestety, jak się później okazało, album stał się jednocześnie łabędzim śpiewem zespołu, bo śmierć Ciechowskiego zakończyła istnienie Republiki. "Masakra" mogła być świetnym otwarciem nowej drogi zespołu, ale okazała się raczej pożegnaniem ze sceną. Oczywiście wtedy nikt tego nie wiedział. Grupa jeszcze przez trzy lata grała koncerty a w 2001 roku rozpoczęła nagrywanie kolejnej płyty. Tej, niestety, nie udało się ukończyć.
Album "Masakra" można spokojnie zestawić obok "Nowych sytuacji" i "Nieustannego tanga". Płyta okazała się powrotem Republiki do formy i potwierdziła talent Ciechowskiego. Ten zmarły w 2001 roku wokalista, tekściarz, kompozytor i producent udowodnił, że nie tylko potrafił w nowych czasach wyposażyć muzycznie nowych artystów (Justyna Steczkowska) i zapewnić im sukces, ale także udało mu się przywrócić do życia markę, bez której prawdopodobnie nie byłoby kariery Ciechowskiego. [9/10]
Andrzej Korasiewicz
16.04.2026 r.
