Marek Biliński, Light Move Festival, Łódź, 26.09.2026 r.

Jeszcze rano nawet nie wiedziałem o tym, że tego dnia zagra w Łodzi Marek Biliński. Na festiwal światła nie wybierałem się, planowałem spędzić ten dzień leniwie w domu. Ale od czego jest rodzina? Córka stwierdziła, że chce iść na festiwal światła, żona wyczytała w programie, że obok projekcji świetlnych będzie również na "scenie electro" koncert Marka Bilińskiego. Nie ma rady, trzeba iść :). Wprawdzie ostatnio byłem na występie Bilińskiego zaledwie rok wcześniej w sali koncertowej Akademii Muzycznej im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów w Łodzi i nie byłem zachwycony. Pan Marek zaprezentował wtedy swoje bardziej eksperymentalne i fortepianowe oblicze, co wówczas nie trafiło w mój nastrój dnia. Ale na tak ludycznej imprezie jak festiwal światła musiały być przecież największe hity w najbardziej lubianych i rozpoznawalnych aranżacjach. A tego właśnie również ja oczekiwałem. Musiały być i były.

Niestety, od razu zaliczyłem falstart, bo spóźniłem się na występ około dziesięciu minut a przecież cały koncert miał trwać zaledwie czterdzieści minut. W błąd wprowadził mnie niejednoznaczny opis miejsca występu. Balkon Pałacu Poznańskiego kojarzył mi się raczej z wewnętrznym dziedzińcem pałacu i tam początkowo udałem się. Okazało się jednak, że na miejscu była jedynie świetlna projekcja nie związana z koncertem a dźwięki generowane z syntezatora Mooga słychać było po drugiej stronie pałacu od strony ulicy Ogrodowej, gdzie czym prędzej poszedłem. Gdy przemieściłem się do właściwego miejsca, powitały mnie dźwięki kompozycji "Dom w dolinie mgieł". Tak, na to właśnie czekałem! Następnie usłyszałem "Fontannę radości" oraz kilka kolejnych klasyków a także mniej rozpoznawalny "Strumień iskier" z albumu "Fire" wydanego w 2008 roku. Na koniec był wyczekiwany największy hit "Ucieczka z tropiku". Przy okazji tego ostatniego miałem wrażenie, że posypała się trochę panu Markowi aranżacja syntezatorowa. Możliwe, że chciał w niej coś zmienić, w efekcie chwilami słychać było rozjeżdżające się akordy syntezatorowe. Mimo wszystko miałem wielką radość słuchając na żywo tych kilku kompozycji polskiego klasyka muzyki elektronicznej. Klasyczne, analogowe dźwięki syntezatora grane na żywo przez mistrza klawiatury, jakim jest Marek Biliński, to prawdziwa odtrutka na współczesny, mainstreamowy pop "elektroniczny".

Otoczenie i okoliczności koncertu były nietypowe. Tego dnia Marek Biliński miał wystąpić w sumie trzy razy (po godz. 20., 21. i 22.) grając czterdziestominutowe "sety". Ja byłem na pierwszym występie. Pałac Poznańskiego znajduje się bezpośrednio przy ulicy Ogrodowej i zgromadzona spora publiczność stała częściowo na ulicy oraz na chodniku przed hotelem po drugiej stronie ulicy na przeciwko pałacu. Balkon, umiejscowiony na pierwszym piętrze pałacu, stanowił swoistą scenę koncertu. Z tego powodu patrząc z dołu w stronę "sceny" widać było jedynie klawiaturę Mooga i majaczącą za nią głowę pana Marka a jego samego niewiele. Występ był krótki, w dodatku spóźniłem się na niego, a mimo to te pół godziny wystarczyło, żeby wprawić mnie w dobry nastrój. Świetna muzyka broni się sama.
Andrzej Korasiewicz
26.09.2026 r.
